Zła nie wolno spuszczać z oczu nawet na chwilę, wtedy być może pozostanie niegroźne. Gdy je zlekceważysz, nabierze odcieni szarości
i będzie trudno rozpoznawalne lub zgęstnieje w czerń tak intensywną, że pochłonie wszystko wokół siebie.
Dorota Terakowska „Tam, gdzie spadają anioły”

2018

– Moi drodzy, przejdziemy teraz główną aleją naszego parku, której patronem jest Arnold Mostowicz. Wzdłuż alei znajdują się tablice z nazwiskami Żydów ocalałych w czasie II wojny światowej, którzy zostali upamiętnieni zasadzonymi w parku drzewami.
Marta uwielbiała swoją pracę. Historię na uniwerku skończyła tylko po to, żeby dostać się do Centrum Dialogu. Pracę magisterską napisała oczywiście z dziejów Żydów łódzkich, wykorzystała to potem jako kartę przetargową na rozmowie kwalifikacyjnej. Znajomi często pytali, co ją tak ciągnie do tego tematu, ale ona sama nie wiedziała. Fascynacja i przerażenie Holocaustem targały nią odkąd znalazła w domowych szpargałach dziadka, żółtą gwiazdę Dawida. Była tak stara, że prawie rozpadła jej się w ręku. Gdy zapytała, co to jest, dziadek omal nie rzucił się na nią. Kazał jej obiecać, że nigdy nikomu o tym nie powie. Nie zadała więcej żadnego pytania, choć tysiące pojawiły się w jej głowie. Może raz próbowała, ale bezskutecznie.
Miała wtedy 13 lat i w życiu nie była tak przerażona. Do tej pory milczy o tym jak grób. Zaczęła drążyć w książkach i internecie. Fascynacja i przerażenie. Pierwszego się wstydzi, bo chodzi o śmierć milionów. Drugie ją motywuje do działania. Chce mieć swój udział w tym, żeby „Nigdy więcej”. Dlatego uwielbiała oprowadzać wycieczki szkolne po wystawie i parku. Uważała, że im bardziej dzieciaki będą świadome tego, co się wydarzyło, tym łatwiej będzie u nich o tolerancję dla innych, obcych, nieznanych.
Czasem jednak nachodziły ją wątpliwości. Gdy patrzyła na swojego brata. Głupi szczeniak rozpuszczony przez matkę, któremu wydaje się, że jest białym panem wszystkich ras. I dziadek – głupi starzec, który truje go jadem nacjonalizmu. O nie, żadnemu z nich nie brakuje wiedzy o II wojnie, Holocauście i Hitlerze. Wręcz przeciwnie: młody wyrósł na przerażających opowieściach babci Basi z czasów okupacji, stary był tych wydarzeń mimowolnym świadkiem. Dzisiaj obaj zioną nienawiścią do muzułmanów, gejów i oczywiście Żydów. Polska dla Polaków! Martę mdliło, gdy słyszała ich głupie komentarze do marszu niepodległości w zeszłym roku.
Kiedyś dziadek był inny. Troskliwy i czuły wobec babci i swej córki Ewy, ale i wnucząt. Wszystko zmieniło się, kiedy babcia niespodziewanie zasnęła. Tak po prostu. Położyła się spać, żeby już nigdy się nie obudzić. Miesiąc po pogrzebie dziadek przestał chodzić. Nikt nie wie dlaczego. Lekarze nic nie wykryli, mówili, że to szok związany z utratą bliskiej osoby. Odtąd całe dnie przesiadywał na wózku inwalidzkim wpatrzony w okno. Odżył nagle dwa lata temu, kiedy jego wnuk Filip zaczął przynosić do domu „radosną nowinę” neofaszystowskiej bandy. Wciąż na wózku, w dyskusjach z młodym odnalazł niezrozumiałą dla Marty podnietę. Nikt z domowników nie podzielał tego entuzjazmu. Matka stoczyła z ojcem i synem kilka bitew. Udało jej się tylko wymusić, żeby młody nie wydziarał się jak jego kolesie z ONR-u, czy do czego on tam należał. Jacek, ojciec Marty i Filipa, patrzył i przysłuchiwał się z boku, bo choć wspierał swą żonę w walce o rozum dla syna, to nigdy nie ośmielił się wystąpić otwarcie przeciwko teściowi, w którego domu mieszkał.
Wycieczka zbliżała się do końca alei. Marta spoglądała na uczniów, czytających z trudem żydowskie imiona i nazwiska. Raz po raz wybuchały śmiechy. Dziewczyny strzelały selfie na tle niemal każdego drzewka. Dwóch chłopców strzelało z gumek recepturek. Panie nauczycielki ostro reagowały na niesubordynację, ale Marcie nie przeszkadzał ten wesoły nastrój. Tu, w Parku Ocalałych tak ma być. To miejsce ma dawać nadzieję, że można wygrać życie, nawet w oceanie śmierci.
Pogoda nie sprzyjała spacerom. Na niebie kłębiły się chmury, z których lada moment mógł spaść rzęsisty deszcz. Barwy jesieni zachwycające w słoneczny dzień, teraz były jakby przytłumione. Nie było widać spacerowiczów, ławki wilgotne ciągle od porannej rosy świeciły pustkami. Marta postanowiła przyspieszyć młodzież, żeby przed deszczem zdążyli się skryć w budynku Centrum.
– Na końcu alei widzicie Pomnik Polaków Ratujących Żydów, czyli tych, którzy otrzymali tytuł Sprawiedliwy wśród Narodów Świata. Przejdziemy teraz mostkiem i opowiem… – nad parkiem rozległ się wrzask. „Nie no, to już jest przegięcie” – pomyślała Marta odwracając się do grupy. Wzrok wszystkich skierowany był na staw, na powierzchni którego unosiły się zwłoki. Obok kołami do góry tkwił wózek inwalidzki.

***

Rafał Szulc biegł przez park. Sprawa jest prosta. Starszy facet na wózku przesadził z alkoholem i wpadł do stawu, a że po drodze były schody to dziadek miał niezłe wyjście z progu i skończył lot kilka metrów niżej. Tak to się zazwyczaj kończyło. Asystent Szulc ciągle czekał na okazję, na prawdziwą zbrodnię. Szefowa pozwalała mu biec do każdej sprawy, która choć trochę śmierdziała trupem. Niestety zaczęło padać i za chwilę wszystkie ślady trafi szlak. Dlatego biegł. Za każdym razem miał nadzieję, że nie będzie wykluczenia, że w końcu trafi mu się prawdziwe śledztwo, że wreszcie na jego zmianie ktoś kogoś zamordował! Od kilku miesięcy siedział i pisał raporty z samobójstw i wypadków „dziwnych” śmierci, gdzie notorycznie wykluczano udział osób trzecich. Nie po to przeszedł do kryminalnych.
Deszcz lał coraz bardziej. Na miejscu były już dwa radiowozy i karetka. Poza tym wokół panowała pustka. Jeden z policjantów kręcił się przy mostku, policjantka rozmawiała z młodą, roztrzęsioną kobietą. Obok stał pielęgniarz i podawał jej jakiś lek. Żadnych gapiów. W sumie – nic dziwnego w taką pogodę.
– Dzień dobry. Rafał Szulc, prokuratura rejonowa – machnął policjantowi legitymacją i wskazał na pływające w wodzie zwłoki. – Pijany?
– Tak. Ma 3,2 w wydychanym. Robimy mu zimną kąpiel dla otrzeźwienia, żeby mógł złożyć wyczerpujące zeznania – Rafał spojrzał zdumiony na gliniarza. – Skąd mam, kurwa, wiedzieć?! Nie widzisz, że nie ruszyliśmy? Czekamy pół godziny na jakiegoś dupka z okręgowej, który ma zebrać ślady – policjant palnął bez zmieszania.
– Okej, spokojnie. Już biorę się do roboty – wyjął z kieszeni starego Canona, który w oczach policjanta zasłużył tylko na pogardę. – Pusto w kasie – rzucił z głupim uśmieszkiem.
Przeszedł kilka kroków i rozejrzał się. Nigdzie nie było śladów wózka, ani w ogóle żadnych śladów. Wszystko rozmył padający deszcz. Staw nie był głęboki. Od strony pomnika wysoki brzeg tworzyły betonowe stopnie. Po przeciwnej stronie ograniczały go trawa i wodne rośliny, pożółkłe o tej porze roku. Ponad powierzchnię wystawały koła wózka i fragment siedzenia. Między szprychami przeplecione były białe i czerwone nylonowe sznurki. Trup zwrócony twarzą w dół unosił się na płytkiej wodzie. Zrobił kilka zdjęć z użyciem zooma, ale wiedział, że z takim aparatem to za mało. Stwierdził, że padła jego teoria o locie ponad schodami. Topielec leżał blisko łagodnego brzegu. Musiałby być niezłym Małyszem, żeby wybić się ze schodów i dolecieć aż tutaj. Nie zauważył, że kończy się ścieżka? Popełnił samobójstwo skacząc z dwumetrowego mostku? I zabrał ze sobą wózek? Rafał uśmiechnął się do swoich absurdalnych koncepcji. Za chwilę będzie musiał wejść do zimnej wody, a to już nie jest zabawne. Spojrzał na obserwującego go policjanta i wyczytał w jego twarzy drwinę. O nie, tak się nie będziemy bawić.
– No co stoisz? Przecież sam go nie wyciągnę – zdjął buty i zaczął podwijać nogawki. Drwina zniknęła z oblicza policjanta, ale okazał się prawdziwym twardzielem, gdy nie szczędząc butów i mundurowych spodni wszedł do stawu. Rafał prychnął w myślach i poszedł za nim. Ciało okazało się dość ciężkie. Facet nie był tęgi, ale wysoki. Wełniana marynarka nasiąknięta wodą robiła swoje. Dwóch pielęgniarzy czekało na brzegu z noszami.
Detektyw wciąż nie rozumiał, kim jest młoda kobieta, która teraz podeszła do zwłok. Była dosyć ładna, choć na pewno miewała lepsze momenty w życiu. Rozmyty makijaż i wilgotne włosy nie dodawały jej uroku, zauważył jej wyraźne, regularne rysy, pełne usta i bystre, choć zmęczone oczy. Kurtkę miała już mocno przemokniętą, ale opanowała drżenie.
– To nie on! – niemal krzyknęła, a twarz nabrała wyrazu ulgi. – To nie jest mój dziadek.
– Ale przecież mówiła pani, że… Czyli to nie jest Jan Malewski? A to nie jest jego wózek? – pytała policjantka. Policjant właśnie postawił na ścieżce wyciągnięty ze stawu wózek inwalidzki.
– Nie… Tak. To jest jego wózek – zdezorientowana kobieta zaczęła znowu płakać . – Ja nie wiem o co tu chodzi… to jest wózek mojego dziadka, ale to nie on… Ja nie znam tego człowieka…
– Dobrze, pani Marto, spokojnie. Czy może pani spróbować skontaktować się z dziadkiem? Ma telefon?
– Nie, nie ma telefonu i nie odbiera stacjonarnego. Muszę pojechać do domu… zostawcie mnie… – kobieta ruszyła w stronę Centrum.
– Niestety nie możemy pani zostawić. Jest pani świadkiem w sprawie – to po pierwsze, a po drugie, jeżeli twierdzi pani, że ten wózek należy do pani dziadka, to my to musimy sprawdzić – Rafał nie chciał być zbyt obcesowy, ale tak wyszło. Tym bardziej, że akurat stał jej na drodze. – Pojedziemy teraz z panią do domu dziadka i spróbujemy wyjaśnić sprawę.
Marta spojrzała na niego z bezsilnością w załzawionych oczach. Poczuł się jak ostatni cham.
– Przepraszam pani Marto, to konieczne – próbował ratować sytuację, ale zamilkł pod karcącym wzrokiem policjantki.
– Proszę jeszcze raz przyjrzeć się wózkowi. Jest dosyć nieprawdopodobne, żeby znalazł się tutaj, skoro nie ma tu pani dziadka, prawda? To na pewno nie ten wózek – powiedziała do kobiety.
– Dziadka wózek ma biało-czerwone nylony w szprychach, a na oparciu białego, przedwojennego orła w koronie. Zrobił to mój brat, więc jeżeli ten wózek tak właśnie wygląda to znaczy, że należy do Jana Malewskiego – wszyscy spojrzeli na policjanta, który stał obok wózka, a ten skinął głową. – Nie wiem, co tu się stało, ale wiem, że muszę teraz skontaktować się z moją rodziną!!! – Marta straciła cierpliwość i ze złością rzuciła w stronę Rafała:
– Możemy już jechać?!
– Porozmawiajcie z dyrektorką Centrum – zwrócił się do jednego z funkcjonariuszy. – My pojedziemy z panią.
Jechali przez Łódź w kierunku Radogoszcza. Rafał czuł, że spodnie mimo podwinięcia przemokły wodą, albo druga opcja – przemokły deszczem. W samochodzie w ogóle panowała wszechogarniająca wilgoć. Wszyscy spędzili na deszczu ponad godzinę. Marta bezskutecznie próbowała dodzwonić się do matki.
– Na lekcji zawsze miała wyciszony telefon, ale już nie pracuje, więc nie wiem, czemu nie odbiera. Zadzwonię do ojca – tłumaczyła trochę policjantom, a trochę sobie. – Tato?! Jesteś w pracy? Aha… Tak, już jadę, ale co się stało? Tato, ja jadę z policją… Co?! Boże… Tak, zaraz będę.
Siedząca z przodu policjantka odwróciła się i rzuciła na Rafała pytające spojrzenie, ale on nie patrzył na nią, tylko na Martę. Kobieta wyglądała jakby zaraz miała zemdleć. Nie lubił takich sytuacji. Co ma robić?
– Coś się stało? Pani Marto! Proszę na mnie spojrzeć!
Marta odwróciła wzrok w stronę okna i powiedziała:
– Ten człowiek w parku to jakiś Żyd. Zabił go mój dziadek. – Łzy płynęły po jej bladej twarzy.