Ulica opustoszała. Na chodniku stały jeszcze butelki po wysyłanych w niebo fajerwerkach. Gdzieniegdzie słaby wiatr przesuwał kolorowe serpentyny i puste plastikowe kubki po napojach. Z daleka słychać było okrzyki i śpiewy ostatnich gości, którzy właśnie opuścili restaurację „Korona”. Zza zakrętu wyłoniły się światła nadjeżdżającej taksówki i przez moment oślepiły stojącego w witrynie młodego kelnera. Samochód zatrzymał się przed wejściem. Przez myśl chłopaka przemknęło krótkie zdziwienie, że nie jest oznaczony symbolami żadnej korporacji. Mignął jedynie numer boczny, ale natychmiast zapadł się w czeluście młodzieńczej podświadomości.
– Panie! Wstawaj pan! Już po zabawie. Do domu! Do domu! Już! – krzyknął kelner potrząsając ramię śpiącego gościa. Ten ledwie uchylił powieki i porażony światłem kryształowego żyrandola natychmiast je zamknął.
– Światło… zgaś to światło… Jezu… łeb mi pęka… – odezwał się ochrypłym głosem łysawy facet rozparty w głębokim fotelu. Chłopak popatrzył z obrzydzeniem na opasłe cielsko z trudem wciśnięte w wymięty smoking. Na spodniach gościa widać było ślady wymiocin, które z takim namaszczeniem próbowała wyczyścić jego żona tuż przed tym jak nazwał ją szmatą i kazał spierdalać do burdelu. Kołnierzyk koszuli już dawno przestał trzymać w dyscyplinie drugi i trzeci podbródek grubasa, z brustaszki zamiast chustki wystawała zdezelowana muszka. Pan radny. Biznesmen. Lokalny działacz. Moczymorda. Hochsztapler. Zboczeniec.
Kelner wziął pod ramię gramolącego się mężczyznę i pomógł mu stanąć na nogi. Gość zachwiał się i omal nie gruchnął z powrotem na fotel, ale zdołał utrzymać równowagę i spojrzał w oczy przytrzymującego go młodzieńca.
– Ty ładny chłopczyk jesteś… – nalana twarz wykrzywiła się obmierzłym uśmiechem, a nozdrza kelnera wypełnił kwaśny odór wydobywający się z ust radnego.
– Proszę pana, taksówka już czeka – chłopak odwrócił głowę z trudem powstrzymując odruch wymiotny.
– A gdzie Teresa? Gdzie jest ta dziwka?! – radny zaczął rozglądać się po sali, na której obsługa ściągała obrusy i dekoracje.
– Pana żona pojechała do domu. Już dawno…
– Pojechała?! Beze mnie pojechała?! To ścierwo! Widzisz chłopaczku? Baby to są właśnie takie ścierwa! Żadnego szacunku dla mężczyzny! Tylko kasa, kasa, kasa!
– Tak, tak… chodźmy… zaprowadzę pana do taksówki…
Przez kilka metrów dzielących ich od wyjścia kelner wysłuchał tyrady o tym, jaki podły jest ten świat dla tak dobrotliwego człowieka jak pan radny, który muchy by nie skrzywdził. No chyba, że ta mucha nadepnęłaby mu na odcisk… O to wtedy zmiażdży ją swoim lakierowanym butem, bo przecież nie można pozwolić, żeby jakiś insekt nastawał na honor tak szanowanego człowieka.
– Kiedyś miałem taką muszkę… he he… słodka była… myślała, że może sobie ze mną pogrywać… Ale nie ze mną te numery Brunner! Ha, ha, ha! – Rozbawiony własną opowieścią radny nawet nie zauważył złości z jaką młody kelner pchnął go na tylne siedzenie taksówki.
– Na Janówki! – rzucił do kierowcy i z całą siłą jaka została mu po dźwiganiu grubasa trzasnął drzwiami samochodu.
– A to chamski gówniarz! – radny spojrzał we wsteczne lusterko szukając wzroku taksówkarza. – Nie powie mu pan nic? – spytał zdziwiony.
– Co tu, panie, gadać? Ludzie tacy już są – odezwał się kierowca głosem nastolatka, co jeszcze bardziej zdumiało mężczyznę.
Niebo rozjaśniło się już styczniowym świtem i radny mógł lepiej przyjrzeć się profilowi człowieka za kierownicą. Aparycja pasowała do tembru głosu. Taksówkarz wyglądał na około 15-letniego chłopaka, którego twarz pokrywał dosyć obficie trądzik i skąpo, jasny zarost. Blond czupryna naznaczona była fioletowymi i zielonymi pasemkami. Zbyt duże, smukłe dłonie z niezdarnie pomalowanymi paznokciami spoczywały pewnie na kierownicy. Na przegubach błyszczały skórzane bransoletki przyozdobione kolorowymi koralikami. Podobne zwisały zaczepione o lusterko przedniej szyby. Wśród nich uwagę przyciągał breloczek w kolorach tęczy. „Jebany pedał” – pomyślał radny i zaczął obserwować szarówkę za oknem. Alkohol powoli przestawał działać i znów zaczęło ogarniać go to znane, znienawidzone poczucie wewnętrznej pustki.
– Bo widzi szanowny pan, ja dopiero co zacząłem jeździć, a już zdążyłem poznać się na ludziach. Tacy, na ten przykład, politycy to, że tak powiem… najgorszy sort, proszę pana… najgorszy…
– A co ty tam wiesz, człowieku… Młody jesteś…
– Młody, ale przecież widzę i słyszę. Mówię panu, że oni, ci politycy, to nie dadzą rady…
Taksówka zatrzymała się na czerwonym.
– Z czym nie dadzą rady? – radny odwrócił twarz od bocznej szyby i niespodziewanie znalazł się oko w oko z kierowcą, który korzystając z postoju wychylił się w stronę pasażera.
– Nie dacie rady, dziadersi, nie dacie rady… – Na twarzy chłopaka pojawił się uśmiech, który zaniepokoił mężczyznę. Dopiero teraz zauważył czarną koszulę i widoczną pod kołnierzykiem koloratkę. Nagle taksówkarz uniósł brwi, otworzył szeroko oczy i usta, zmarszczył nos i z głośnym szczeknięciem kichnął prosto w twarz pasażera.
– Co jest do cholery?! – Radny otarł twarz z kropelek śliny, które pozostały teraz na jego dłoniach. W panice zaczął szukać po kieszeniach chusteczki, ale natrafił tylko na całkiem pogniecioną muchę.
Samochód ruszył, a kierowca patrząc na drogę wyciągnął w kierunku mężczyzny rękę z chustką. Rękę, na której nie było już bransoletek, tylko duży, złoty pierścień na serdecznym palcu. Rękę z idealnie wypielęgnowanymi paznokciami. Radny patrzył z niedowierzaniem na taksówkarza. Gdzieś zniknęły krosty i młodzieńcze rysy. Ich miejsce zajęła gładko ogolona twarz mężczyzny w średnim wieku. Na głowie połyskiwała purpurowa piuska, spod której wyglądały szpakowate, starannie przystrzyżone włosy. Na wstecznym lusterku beztrosko dyndał różaniec.
– Zatrzymaj się! Muszę wysiąść! – krzyknął w stronę kierowcy i zaczął szarpać klamkę.
– Spokojnie synu, wszystko będzie dobrze. Miej ufność. – duchowny spojrzał w lusterku w oczy pasażera. Ten poczuł przypływ nagłej słabości i opadł na siedzenie. Sięgnął po leżącą na siedzeniu chustkę kierowcy i otarł twarz, która tym razem pokryła się jego własnym potem.
– Zaprawdę powiadam ci, we mnie miej umiłowanie. My, rycerze pana, powinniśmy bronić wspólnoty, albowiem do nas należeć musi królestwo. Kto tego nie zrozumie, niech pochłoną go ognie piekielne! – kierowca unosił się coraz bardziej swoją przemową powtarzając kilkakrotnie i coraz głośniej słowa „ognie piekielne”.
Radnym wstrząsnęły dreszcze, a na czoło znowu wystąpił pot. Czuł, że zaczyna go trawić gorączka. „Czyżby to już?” – pomyślał. Ostatnio pił sporo, ale delirium to chyba ostatnia faza alkoholizmu, a tej raczej jeszcze nie osiągnął, więc skąd te halucynacje? Z drugiej strony, Zbyszek mówił, że to u każdego inaczej przebiega. A i też wódka na tym sylwestrze jakaś dziwna była. Nie smakowała mu. Może trefna. Za oknem uciekały ostatnie miejskie domy i coraz gęściej pojawiały się krzewy i drzewa. W lusterku znów napotkał wzrok kierowcy.
– Miętówkę? – zapytał duchowny i nie czekając na odpowiedź rzucił radnemu cukierka. Ten bezwiednie odwinął papierek i włożył zawartość do ust. Dziwne, bo nie poczuł smaku ani zapachu mięty. Przez chwilę międlił cukierka w ustach. Wtedy w głowie pojawiła się myśl, że może to jakiś narkotyk, trucizna, cokolwiek! Jak mógł być tak naiwny?! Nagle zatrzymał wzrok na chustce, w którą wycierał twarz, a która ułożyła się w dziwny kształt na siedzeniu obok. W kształt dziecięcych majtek z myszką Miki. Majtek, które wiele lat temu widział u swojej siostrzenicy. Samochód zatrzymał się, a kierowca w koloratce odwrócony do tyłu z uśmiechem powiedział:
– Myśl co chcesz, ale my, dziadersi, musimy trzymać się razem.
Cukierek wypadł z ust radnego wraz z nagłym atakiem kaszlu tak duszącego, że oczy zaszły mu łzami i przez chwilę mężczyzna słyszał tylko własne rzężenie. Rzężenie przerywał co chwilę głuchy dźwięk z oddali. Kiedy podniósł powieki gdzieś ponad lasem zobaczył błysk nadchodzącej burzy.
– Burza w styczniu. Co to się teraz porobiło z tym klimatem, nie? – Zza kierownicy usłyszał kobiecy głos. Spojrzał na kierowcę. Kasztanowe włosy spływały falami na ramiona. Spod długich rzęs spoglądały na niego duże, brązowe oczy. Śniadą twarz skrywała maseczka przeciwsmogowa, jaką widział w reportażu o Tokio. Mimo to widać było, że jest to kobieta o nieprzeciętnej urodzie. Pielęgniarka. Na szczęście! Właśnie jej teraz potrzebuje. Kaszel wprawdzie minął, ale w piersi czuł ciężar jak nigdy dotąd. Z trudem łapał powietrze.
– Siostro, pomocy… – Wyszeptał. – Nie mogę oddychać…
– No widzę, widzę… Przydałby się respirator… Ale nie ma. Wyszły.
Zdziwiła go ta beztroska z jaką kobieta traktowała, cierpiącego w końcu, człowieka.
– Siostro… szpital… ja umieram…
– Tak, tak… Co by tu… Wiem! Zadzwonię po resztę sióstr. Razem coś zaradzimy. – Pielęgniarka już sięgała do torebki, ale zatrzymała się i spojrzała na chorego, którego oddech był coraz krótszy.
– Bo przecież ty nie dasz rady… Już nie dałeś…
Ostatnią rzeczą w życiu, którą zobaczył radny była rozdzierająca niebo błyskawica. Nawet nie zdążył się zdziwić jej czerwienią.

***

Młody kelner szykował się do wyjścia z pracy. Spojrzał na fotel, z którego dźwigał dzisiaj ostatniego gościa. Nagle nie wiedzieć czemu w głowie pojawił mu się obraz taksówki i wyraźniej niż na jawie zobaczył jej boczny numer. Dwadzieścia dwadzieścia.

Please follow and like us:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *