Okolice Galerii Łódzkiej.
Idę do pracy krokiem niezbyt szybkim, acz zdecydowanym. Jest wrzesień. Dość ciepło. Nagle łapie mnie wzrokiem i wiem, że już po mnie. Około 30 lat. Ubrany w przybrudzone jeansy i rozciągnięty niedbały sweter. Rękawy podwinięte do łokci. Twarz ogorzała i nazbyt pewna siebie. Wygląda całkiem zdrowo. Oczy nieco szkliste. Świadomość tego obrazu przyjdzie jednak później. W tym momencie uparcie utrzymuje kontakt wzrokowy i od razu zaczyna:
– Może mi pani pomóc? Dwanaście złotych obiad kosztuje… Dla siostry chcę kupić. Mam siostrę młodszą… Nie na wódkę, ja czysty jestem… – wyciąga w moją stronę przeguby dłoni, pokazuje żyły w zgięciu łokci. – Nic nie biorę… Chociaż parę złoty…
Zwalniam. Zatrzymuję się. W zasadzie go nie słucham. Wiem, że to wszystko ściema, że nie ma żadnej siostry, że pieniądze nie pójdą na żaden obiad. A jednak w ułamku sekundy pojawia się myśl: „Ale właściwie skąd to wiem? Nie jestem w jego butach i pewnie nie chciałabym być. Jednak wiadomo, że większość żebrzących to naciągacze. Większość, ale czy akurat ten?” I tak przez krótką chwilę trwa wewnętrzny pojedynek cyniczki z filantropką. Wygrywa filantropka. Wyciągam portfel, znajduję dwa złote, ale ostatecznie wyjmuję piątkę. Bierze i… ponieważ jest świetnym obserwatorem mówi:
– A mogę jeszcze chociaż dwa złote?
„Jeszcze chociaż” – no tak, przecież cena wywoławcza była dwanaście… Dostaje dodatkowe dwa złote. Dziękuje kolejnym potokiem słów. Nie słucham. Odchodzę. Filantropka wkurzona. Cyniczka ma ubaw.

Autor: Leroy_Skalstad www.pixabay.com

Osiedle łódzkie.
Na skrzyżowaniu alejek stoi trzech około dwudziestolatków. Dwóch z plecakiem. Zatrzymuję się przed przejściem dla pieszych. Jeden z dwóch podbiega.
– Może pani mi dać dwa złote? Na bułkę…
– Nie mogę!!! Nie po to pracuję całe życie, żeby darmozjadom oddawać zarobione pieniądze! – Filantropka nawet nie piumknie.
– Ale ja z Gdańska przyjechałem!!! Bezdomny jestem! – Młody nie odpuszcza.
– Gówno mnie to obchodzi!
Przechodzę na drugą stronę. Cyniczka bije brawo i mówi: „Nigdy więcej nie daj się nabrać”.

Piotrkowska.
Słoneczny, jesienny dzień. Łodzianie. Młodzi, starzy, uśmiechnięci i poważni, pędzący i podążający wolnym krokiem. Cieszę się widokiem rozświetlonych, XIX-wiecznych kamienic. Wzrok z budynków kieruję na zbliżającą się kobietę. Idzie wolno, jakby donikąd. Włosy do ramion, dosyć rzadkie, raczej nieczesane. Wyraźne kości policzkowe, blada cera, podkrążone oczy. Krótki płaszcz wisi jak na wieszaku. Spódnica. Półbuty, które przeszły już niejeden kilometr. Depresja wypisana na twarzy. Zatrzymuje się. Patrzą na mnie smutne oczy.
– Nie mam na prąd i mieszkanie… Może pani…
– Nie.
Nie zatrzymuję się. Przyspieszam. „Nigdy więcej nie daj się nabrać”. Słońce nadal świeci, ale kamienice wydają mi się mniej jasne. Jakaś cisza w środku. Nie ma cyniczki, ani filantropki.

***

Od lat mam z tym problem. Dawać czy nie? Czy, jeśli rzucę złotówkę to jestem naiwna? Czy może bezduszna, kiedy nie rzucę? Doskwierało mi to tak bardzo, że zaczęłam szukać sposobów na rozwiązanie problemu. Pomyślałam, że zamiast pieniędzy można dawać żebrzącym kartkę z adresami jadłodajni dla ubogich, które można znaleźć tutaj. Tylko czy o to im chodzi? „Zazwyczaj nie są to osoby bezdomne. W Krakowie nie udało się nam ustalić tożsamości wszystkich, ale u prawie 40 proc. potwierdziliśmy uprawnienia do emerytury. Żebrzący nie są zainteresowani świadczeniami z pomocy społecznej ani podjęciem pracy, bo na ulicy mogą zarobić znacznie więcej i bez wysiłku” – mówi Marta Chechelska z krakowskiego MOPS-u (źródło: https://www.rp.pl/artykul/1119658-Miasta-walcza-z-zebractwem.html).

Często myślimy, że unikniemy wykorzystania, jeśli kupimy „bezdomnemu” produkty spożywcze. Ale żebrzący już o tym wiedzą. Dlatego nie proszą wprost o pieniądze, ale o „coś do jedzenia” właśnie. Ile razy daliśmy się na to nabrać? Mechanizm działa następująco: skoro prosi o żywność to znaczy, że jest głodny, a to znaczy, że jak dostanie pięć złotych to nie wyda na wódkę, tylko na bułkę. Wystarczą dwie osoby tak myślące i już ma „małpkę”. Jakie to proste! W tej dziedzinie na wyżyny bezczelności wznoszą się żebrzący na parkingu łódzkiej Manufaktury. Podchodzą do osób wracających z zakupów i proszą o kupienie czegoś do jedzenia! Konia z rzędem temu, kto chcąc pomóc, wróci do Auchan, odstoi swoje do kasy i przybiegnie z prowiantem dla „potrzebującego”. Łatwiej dać piątaka. Żebracy to mistrzowie manipulacji! W materiałach dydaktycznych Centrum Szkolenia Policji z 2018 roku znalazłam sklasyfikowane metody i figury żebracze, z którymi nieustająco się spotykamy:

Źródło: D. Chęsy, L. Dyduch, Żebractwo jako zjawisko patologii społecznej, Legionowo 2018.

Żebractwo uliczne jest problemem miast od wielu stuleci. Lecz, o ile jeszcze dwa-trzy wieki temu było usprawiedliwione, ze względu na brak systemu opieki społecznej, o tyle w dzisiejszych czasach jest zupełnie nieuzasadnione. Wspomniana już rzeczniczka MOPS-u z Krakowa przekonuje: „W całej Polsce funkcjonuje rządowy program dożywiania. Trzeba tylko spełnić kryterium dochodowe (…) Wystarczy zgłosić się do ośrodka pomocy społecznej. Nikt nie musi więc żebrać na chleb”. W wielu miastach funkcjonują programy, które mają na celu zwalczanie żebractwa. Polegają one na uświadamianiu mieszkańcom i turystom, że dawanie pieniędzy nie pomaga żebrzącym wydobyć się z ubóstwa i raczej utrwala ich sytuację zamiast ją poprawiać. Wielu uważa, że żebractwo powinno podlegać karaniu. Przepisy prawne przewidują taką opcję. W przypadku natarczywego i oszukańczego żebrania łatwo jest wyciągnąć konsekwencje, ale już w sytuacji „zwykłego” upraszania o jałmużnę, należy udowodnić delikwentowi, że posiada środki utrzymania lub jest zdolny do pracy (art. 58 kodeksu wykroczeń). Tylko w takich okolicznościach żebractwo jest prawnie zakazane. Zawsze jednak powinniśmy zgłosić straży miejskiej lub policji, jeśli jesteśmy świadkami żebractwa uprawianego przez dzieci.

Żebractwo pojawia się również na portalach społecznościowych (cyberżebractwo). Twórcy zbiórek odwołują się do naszej empatii, współczucia, a wreszcie litości. I my kierując się chwilową emocją chętnie udostępniamy, zasypując „żebrzącymi” postami fejsbukowe konta znajomych. Czasem, kiedy widzę taki post na swoim FB klikam i zaglądam „do środka”. Wiele razy okazywało się, że zbiórka została już zakończona. Udostępniamy, zagłuszamy poruszone przez naciągaczy sumienie, ale wpłacamy już mniej chętnie. Efekt jest taki, że naprawdę potrzebujący nie otrzymują pomocy. Myślę, że jeśli chcemy wspomóc kogoś finansowo, dobrze jest skorzystać z propozycji fundacji wspierających osoby potrzebujące. Często mamy kogoś takiego w swoim otoczeniu. To niepełnosprawne dziecko koleżanki, to chora na raka żona kolegi lub znajomy, któremu właśnie spłonął dom. Ja znalazłam kogoś takiego i ustawiłam na koncie zlecenie stałe. Jeśli każdy człowiek, który cieszy się wolnością od takich problemów wsparłby jednego, który nie ma tyle szczęścia, może nieszczęścia byłoby mniej. Szczególnie, że takich rzadko spotkamy na ulicy…

***

Okolice Galerii Łódzkiej.
Podchodzę do przejścia dla pieszych. Przy sygnalizatorze na krzesełku turystycznym siedzi niewidomy. Chyba niewidomy. Laska leży na chodniku. Gra na akordeonie. „Nigdy więcej nie daj się nabrać”. Nawet ładnie gra. „Nie daj się nabrać”. Na tym skrzyżowaniu długo czeka się na zielone. Jest ciepło i przyjemnie. I ta muzyka. „Nie daj się nabrać”. Zielone. Już chcę ruszyć, gdy nagle słyszę znajome dźwięki. „Sunrise, sunset” z musicalu „Skrzypek na dachu”. Czerwone.

Wrzucam monetę do pudełka po Delmie.

Please follow and like us:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *