Zobaczyłam ich kilka dni temu wracając z pracy. Stali u zbiegu Piotrkowskiej i Piłsudskiego. Stałam na przejściu dla pieszych po drugiej stronie skrzyżowania i nie zwróciłabym uwagi, gdyby nie dobiegające przez megafon słowa: „Zdrowaś Mario, łaski pełna…” Grupa około 50 osób. Kilkoro trzymało dwa transparenty: jeden z napisem „Publiczny Różaniec przeciwko grzechowi aborcji”, drugi ze zdjęciem zakrwawionego, kilkucentymetrowego płodu i słowami Ewangelii: „Wszystko co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, mnieście uczynili”. Całości pilnował znudzony policjant oparty o radiowóz, drugi chyba siedział w środku. Żadna suka, zwykły policyjny samochód.

I nie pytam, czemu sprofanowano samą ideę modlitwy, która z gruntu chrześcijańskich wartości nie powinna być „przeciwko” czemuś czy komuś. Nie pytam też, jak to się dzieje, że parady równości muszą być osłaniane przez całe kordony policyjne, kiedy pieniące się z nienawiści hordy obok tradycyjnego „Wypierdalać!” dodają beztrosko „Bóg, Honor i Ojczyzna”, a już taki publiczny różaniec może sobie trwać w środku wielkiego miasta z niezmąconym spokojem uczestników i policji.

Pytam tylko o jedno: gdzie w tym wszystkim jest kościół katolicki? Kościół, w którego tradycji zostałam wychowana, a do którego nie chodzę, odkąd w mszy przestałam odnajdywać cokolwiek poza formułkami klepanymi wymiennie – i w równym stopniu bezmyślnie – przez lud i kapłana, a do wysłuchiwanego z pokorą w konfesjonale „i ja odpuszczam tobie grzechy” przywarło nieodwracalnie „jakim prawem TY?”. Nie tylko pytam, lecz również szukam. Ostatnio wchodzę do kościołów „gościnnie” posłuchać kazania. I co się zmieniło? Nic. Ten sam bełkot, który nijak się ma do życia, do świata, po którym przyszło nam się kołatać. Niedawno spróbowałam znów.

W łódzkiej katedrze arcybiskup Ryś odprawił mszę w intencji ofiar Litzmannstad Getto w 75 rocznicę jego likwidacji. W kazaniu wspomniał słowa rabina Irvinga Greenberga, który na pytanie, czy Holocaust może się powtórzyć odpowiedział, że „Zagłada jest powtarzalna, ponieważ się wydarzyła. Skoro się raz wydarzyła, może się wydarzyć po raz drugi”. Dlatego tak ważna jest pamięć o niej. Po mszy w czasie otwarcia wystawy „I ciągle widzę ich twarze”, arcybiskup przypomniał opowieść o uratowaniu Jana Chrzciciela, kiedy to przed uciekającą świętą Elżbietą otworzyła się skała, w której mogła schronić się wraz ze swoim synkiem. Jako kontrast do tego przedstawił wizytę w instytucie Yad Vashem, gdzie odwiedził salę poświęconą pamięci miliona dzieci żydowskich zamordowanych w czasie Holocaustu. „Nad tym po prostu nie wolno przejść do porządku dziennego. Ludzkość nigdy nie będzie taka sama, jeśli zamorduje milion dzieci. Nic już nie będzie takie samo. Nam nie wolno o tym zapomnieć” – mówił arcybiskup. I dalej: „To nie jest tak, że Pan Bóg pamięta o jednym Janie Chrzcicielu, a nie pamięta o milionie dzieci zamordowanych w Zagładzie. Skała się otwarła 2000 lat wcześniej, ileś domów się nie otwarło 2000 lat później”. Otwarcie wystawy w archikatedrze arcybiskup określił jako otwarcie świątyni na pamięć o ofiarach Holocaustu.

Czy to ten sam kościół katolicki, który z otwartymi ramionami wita neofaszystów na Jasnej Górze? Czy ten sam, który sączy jad ustami biskupa Jędraszewskiego? Ten sam. Ale nie taki sam. I powiem tak: wśród fanatycznych wyznawców religii kato-narodowej oraz równie fanatycznych i ziejących wściekłością ataków na kościół to jest moje światełko w tunelu. Tak, chcę należeć do takiego kościoła. Do kościoła wolnego od rasizmu, pedofilii, klerykalizmu, hipokryzji i chciwości. Do kościoła ludzkiego, codziennego, takiego, który widzi źdźbło, przede wszystkim w swoim oku i jest otwarty na każdego człowieka, choćby miał w oku belkę. Taki kościół mi się marzy.

Wystawę można oglądać w Archikatedrze Łódzkiej, ul. Piotrkowska 265. Polecam.

Please follow and like us:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *