Jak niegdyś zima drogowców, tak obecnie opozycję zaskoczyło, że zaraz po wyborach parlamentarnych wystartowała kampania prezydencka. Nieoficjalnie oczywiście, ale ostatnie lata pokazały, że kampanie wyborcze rządzą się swoimi prawami, a ogłoszenie ich oficjalnego rozpoczęcia jest tylko formalnością. Druga strona sceny politycznej przecież nie próżnuje. Powołanie na marszałka seniora Antoniego Macierewicza ma pokazać twardym wyborcom PiS, że Andrzej Duda to nadal ich prezydent. W mediach pojawiają się pierwsze wzmianki o tym, że rzuceni mediom na pożarcie Piotrowicz i Pawłowicz, jako potencjalni kandydaci do Trybunału Konstytucyjnego, nie zostaną w ogóle zgłoszeni. Nie zdziwię się, jeśli swój „mocny sprzeciw” wobec tych kandydatur zgłosi prezydent, czym obłaskawi liberalną część swojego elektoratu. Kto wie, może przekona tym licznych nieprzekonanych.

Tymczasem po stronie opozycyjnej trwają przepychanki. Wylansowanie Małgorzaty Kidawy-Błońskiej na lidera PO tuż przed wyborami było posunięciem ryzykownym acz koniecznym wobec spalonego na wszystkich frontach Schetyny. Niesiona falą sukcesu wyborczego mogłaby być dobrą kandydatką Platformy na prezydentkę. Ale nie. Znarowiony Grześ będzie kombinował i judził tak, aby wystawić kandydata, którym łatwo będzie kierować z tylnego siedzenia. Mimo wszystkich znaków i sugestii płynących w jego kierunku, nie porzucił marzeń o silnym przywództwie na kształt Kaczyńskiego w PiS, a kiedyś Tuska w Platformie. Ten sam przerost ambicji, który kazał mu manipulować miejscami na listach kandydatów do sejmu, każe mu teraz za pomocą prawyborów ustawiać „pod siebie” kandydaturę prezydencką. Na lewicy media próbowały wywołać konflikt rozdmuchując śmieszkowy post Biedronia pod hasłem „Yes, we can” nawiązujący do kampanii prezydenckiej Baracka Obamy. Na szczęście reakcje pozostałych liderów były wyważone i nie dali się wkręcić w medialne mordobicie. Wciąż jednak lewica nie postawiła kropki nad „i”, jeśli chodzi o swoją kandydaturę. Jedynym samookreślonym kandydatem „jasnej strony mocy” jest Władysław Kosiniak-Kamysz, który jednak sam w sobie wielkiej „mocy” nie uosabia. I tak, kiedy w końcu opozycja w wielkich bólach wypluje z siebie pozostałe kandydatury, przyjdzie jeszcze ustalić, wynegocjować, wybadać, wylansować WSPÓLNEGO spośród tych trzech kandydata, który ostatecznie będzie miał choćby cień szansy, aby zagrozić Andrzejowi Dudzie. Oczywiście, jeśli będzie chciała się kierować dobrze pojętym interesem państwa. To wciąż daleka i wyboista droga.

Źródło ilustracji: By Marcin Białek – Praca własna, CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=16823300

W tym czasie obecny prezydent ze swoim beztroskim uśmiechem Maliniaka obskoczy wsie i miasteczka w rytm muzyki disco polo, gdzie obieca kolejne „dobre zmiany”, które nie leżą wprawdzie w zakresie jego uprawnień, ale za to leżą kamieniem na sercach mieszkańców prowincjonalnej Polski. I mieszkańcy ci, przystrojeni w ludowe stroje chętnie sfotografują się z panem prezydentem, odśpiewają przed nim kilka ludowych pieśni i uwierzą. Bo czemu mają nie wierzyć?

I wreszcie media. Nasze ukochane, te niezależne i te zależne od nie-wiadomo-kogo. Tutaj kandydatów jest co niemiara. Bo przecież czymś tę opozycyjną próżnię trzeba wypełnić. Więc samorządowo mamy Zdanowską, Dulkiewicz i Trzaskowskiego, literacko – Olgę Tokarczuk oraz ostatnio publicystyczno-katolicko-charytatywnie – Szymona Hołownię. Przydałby się jeszcze ktoś ze świata sportu, muzyki, może jakiś ekolog, no i aktor. Koniecznie aktor, bo przecież my, Polacy „nie gęsi” i też możemy mieć swojego Reagana skoro „swój język mamy”. Czytając rewelacje o Hołowni kliknęłam sondę, jaką media mają zwyczaj zamieszczać pod takimi artykułami: „Czy zagłosowałbyś na Szymona Hołownię w wyborach prezydenckich?”. Tak – 59%, nie – 41%. Znów nie mogę oprzeć się skojarzeniu z moim nauczycielskim doświadczeniem. Co roku, we wrześniu przeprowadza się wybory przewodniczącego klasy. W 4 i 5 klasie wybory te przebiegają dosyć „nudno”, zwykle zgłaszane są kandydatury uczniów rozsądnych, aktywnych, którzy mogą być wsparciem dla wychowawcy. W 6 klasie, kiedy dochodzą do głosu pierwsze symptomy dojrzewania, wśród kandydatów pojawiają się klasowi „jajcarze” i „leserzy”. Często na fali ogólnego śmieszkowania wygrywają oni klasowe wybory. Po 2-3 miesiącach większość „wyborców” przestaje uważać, że jest śmiesznie.

Medialne spekulacje o prezydenckich kandydaturach przypominają mi też dawnego, zabawnego jeszcze wtedy, Jana Pietrzaka, który w jednym ze swoich monologów wołał: „Pietrzak na prezydenta! Lepiej może nie będzie, ale weselej na pewno!”. W ten sposób wybory prezydenckie na Ukrainie wygrał Wołodymyr Zełenski. Bo wystarczy przecież być popularnym, zabawnym i „fajnym”, z naciskiem na ten ostatni przymiot, aby zostać prezydentem państwa.

W myśl naszej Konstytucji prezydent nie ma w istocie zbyt rozległych uprawnień. Ale nie są one na tyle błahe, aby oddawać je w ręce przypadkowych osób. Przekonaliśmy się o tym przez ostatnie 4 lata. Nie dajmy sobie zatem mącić w głowach i grać na emocjach, nie ulegajmy manipulacjom. Nie dajmy się ponieść beztroskim nastrojom w internetach wciskając „tak” pod nazwiskami „fajnych” kandydatów. Bo o ile większość wymienionych wyżej osób jest na tyle przyzwoita i rozsądna, aby nie ulegać dziennikarskim dywagacjom, o tyle mogą się wśród nich pojawić takie, które wezmą za dobrą monetę internetowe sondaże. A nie jestem pewna, czy nasze społeczeństwo dojrzało już na tyle od czasów Stana Tymińskiego, aby nie wybrać na prezydenta kogoś „dla jaj”.

Pozbierałam z chodnika kilka myśli i wyszedł mi taki przepis na kandydata (prezydenta):

  • gruntownie wykształcony, znający biegle co najmniej język angielski, autorytet w swojej dziedzinie,
  • posiadający doświadczenie w polityce krajowej (poselskie, ministerialne, inne), znający mechanizmy nią rządzące,
  • posiadający zaplecze polityczne: poparcie jednego lub kilku zbliżonych programowo ugrupowań, najlepiej wywodzący się z jednego z nich,
  • znany obywatelom ze swojej działalności politycznej, z mediów,
  • znany w kręgach europejskich, międzynarodowych,
  • nie obciążony aferami, taśmami, złymi decyzjami politycznymi (to myśl Tuska, z którą w pełni się zgadzam) oraz głupimi wpisami na Twitterze.

Znacie kogoś takiego?

Please follow and like us:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *