Mój aborcyjny coming out.

W życiu przyszło mi szczęśliwie urodzić dwoje dzieci, które okazały się świetnymi ludźmi, mimo błędów i wypaczeń wychowawczych moich i ich ojca. Nigdy nie miałam aborcji. Ale jak wiele kobiet nieraz przeżyłam te mrożące krew w żyłach dni oczekiwania na spóźniający się okres. I nim zdążył nadejść miałam w głowie kilka scenariuszy następnych działań, rozmów i rozwiązań na wypadek nieoczekiwanej ciąży. Dopracowywałam je w takich szczegółach, że gdy w końcu okres nadchodził czułam się niemal rozczarowana. Raz pomyślałam, że jedynym i najlepszym wyjściem z sytuacji będzie aborcja. Ta myśl podszyta była paniką i strachem przed tym, co ludzie powiedzą (panna z dzieckiem! o fuj!), który wówczas był silniejszy od ciepłych w gruncie rzeczy uczuć wobec ewentualnego macierzyństwa. Dla mnie aborcja byłaby dramatem, do którego na szczęście nie doszło. DLA MNIE.

Bezpieczna konserwa

Jako humanistka uważam, że życie jest najwyższą wartością i jeśli nawet na początku jest tylko zlepkiem komórek to mieszczący się w nim niepowtarzalny w przestrzeni i czasie genom jest szansą dla ludzkości na wzbogacenie jej niepowtarzalną jednostką, a jego przedwczesne unicestwienie stanowi niepowetowaną stratę. Brzmię jak ultraprawicowo-katolicki troglodyta? Możliwe. Ale tak uważam. Powiem więcej: zawsze tak myślałam. Z tego myślenia łatwo mi było wyprowadzić teorię, że jeśli o prawo do życia tego genomu nie zabiega jego matka, to powinno mu to prawo zapewnić państwo. I tak przez szereg lat umościłam się w kompromisie aborcyjnym nie zawracając sobie zanadto głowy ową matką i jej prawami. Zindoktrynowana przez katolicyzm uważałam, że matka, która pozbawia życia własne dziecko to zła kobieta jest. Ten konserwatywny pogląd kazał mi z rezerwą podejść do protestu czarnych parasolek w 2016 roku. Wspierałam, acz z daleka. Ochoczo biegałam zaś na manify wobec zmian w sądownictwie. Było to bardzo łatwe, bo nie byłam w ciąży. W ciąży z gwałtu, w ciąży z uszkodzonym płodem, w ciąży zagrażającej mojemu życiu i zdrowiu, w trzeciej ciąży, w ciąży, przez którą opuścił mnie partner, w ciąży, mimo stosowania środków antykoncepcyjnych, w ciąży nastoletniej…

Zmiana

Aż nadszedł październik roku pańskiego 2020, kiedy to niby-Trybunał Konstytucyjny wydał niby-orzeczenie, które wbrew intencjom decydentów zburzyło mój święty spokój w temacie aborcji i nakazało głębsze przeanalizowanie rozkładu sił i praw w rzeczonym kompromisie. Gruntem pod tę analizę były wcześniejsze obserwacje nierówności praw kobiet i mężczyzn zarówno w życiu społecznym, jak i politycznym wyprowadzone w linii prostej z kultury patriarchalnej (pisałam o tym tutaj i tutaj). Nie bez znaczenia pozostawała też arogancja władzy w ograniczaniu praw w ogóle. Po godzinach przemyśleń, domowych dyskusji i lektury tekstów mądrych i niemądrych nastąpiła ewolucja poglądów. Nie można zabiegać o prawa nienarodzonych pomijając prawa narodzonych, tu ze szczególnym uwzględnieniem prawa do samodecydowania. Zaczęłam dostrzegać jak wszechobecny patriarchat za pomocą zakazu aborcji spycha kobiety do roli inkubatorów, których z oka (łańcucha?) nie można spuścić, bo będą się skrobać na potęgę. Zauważyłam jak wmawia się nam kobietom, że nie jesteśmy godne zaufania, że same nie możemy podejmować decyzji, że nie możemy brać na siebie odpowiedzialności za swoje wybory, bo… No właśnie, dlaczego? Bo jesteśmy gorsze? Głupsze? Słabsze? Do porodu. A po porodzie mamy być mądre, czułe i opiekuńcze. No i oczywiście silne, bo przecież kto jak nie matka najlepiej wychowa, nakarmi, opierze, oprzątnie, pomoże w nauce, wesprze w kłopocie, zarobi na utrzymanie (bo ojciec-bidok nie płaci alimentów). Kiedy ojciec-tchórz nawieje na widok dziecka z niepełnosprawnością to mamy być także silne fizycznie, żeby wykąpać, ubrać, rehabilitować i znieść z czwartego piętra. Zrozumiałam, że bez względu na mój pogląd dotyczący ludzkiego płodu i przekonania, że życie zaczyna się od poczęcia, jedyną osobą, która może ostatecznie zdecydować, czy da temu życiu szansę czy też nie, jest kobieta. I jak bardzo nie ubolewałabym nad jej decyzją o aborcji nie mam prawa oceniać, czynić wyrzutów ani potępiać. Dlaczego? Bo to NIE MOJA SPRAWA.

Kłopot ze słowami

W swoim konserwatywnym, małym móżdżku chcę wierzyć, że kobiety nie dokonują aborcji dla przyjemności, że każda taka decyzja wiąże się z mniejszym lub większym dramatem życiowym, że o ile jedna kobieta w tej konkretnej sytuacji chciałaby podjąć trud urodzenia i wychowania dziecka, o tyle inna nie ma w sobie tej woli i siły, że o ile ta sama kobieta w innym momencie swojego życia z radością przyjęłaby wiadomość o ciąży, o tyle w tym właśnie czasie przerasta to jej możliwości. Ta wiara sprawia, że z trudem przychodzi mi zaakceptowanie haseł „Aborcja jest OK”, „Aborcja na życzenie” oraz słowa „dream” w nazwie organizacji Aborcyjny Dream Team. Z niepokojem słucham przechwałek aborcjonistek o ilości wykonanych aborcji. Przerażeniem napawają mnie informacje o aborcjach dokonywanych w trzecim trymestrze ciąży. Kiedy jestem na proteście kobiet i tłum skanduje „Wolność, równość i aborcja” milczę. Nie znajduję w sobie zgody na porównywanie zabiegu abortowania ciąży do usunięcia zęba lub wyrostka. Tak mam i nic na to nie poradzę. Może moje poglądy będą dalej ewoluować i to się zmieni. A może nie, bo jestem już za stara na tak radykalne przemiany, albo dlatego, że to jednak nie jest dobry kierunek. Nie wiem.

Referendum-srendum

Kompromis aborcyjny rozleciał się w proch w rękach obecnej władzy. Śmieszy mnie jak z uporem maniaka próbuje go na powrót posklejać strona opozycyjna. Mam nadzieję, że Schetyna, który nie nie chce aborcji na życzenie, z ulgą przyjął komunikaty internautek, że spokojnie może donosić i urodzić. Kosiniak-Kamysz będzie wpisywał nieistniejący już kompromis do konstytucji. Nie wiem czym… chyba atramentem sympatycznym… No i wreszcie Szymon i referendum aborcyjne. Osoby, które mnie znają wiedzą, że w Hołowni widzę szansę na pozytywną zmianę na naszej scenie politycznej. Nadal uważam, że na ten moment jest jedyną opcją, która może przełamać pisowsko-peowski klincz, w którym się znaleźliśmy. Hołownia nie ukrywał swojego katolicko-konserwatywnego poglądu na temat prawa kobiet do aborcji, z którym ja się nie zgadzam (już). Jednak w przeciwieństwie do prawicowców ten polityk nie zamierza narzucać swojego poglądu reszcie społeczeństwa i skwapliwie podłapał ostatnio rzucony skądinąd pomysł referendum. I tu rozjeżdża się moja i Hołowni komitywa. Mężczyzna Szymon, jak i większość mężczyzn (i sporo kobiet niestety), wciąż beztrosko tapla się w swoim patriarchalnym bagienku, nie zauważając, że duża część ludzkości już się z niego otrzepuje. Tym, nazwijmy to, Shrekom, wydaje się, że równe prawa kobiet i mężczyzn to nic innego, jak „dajmy kobietom tyle, co dajemy mężczyznom”. Niespodzianka: nie jest tak. Wytłumaczę na prostym przykładzie publicznych toalet (zaczerpnięte z książki Caroline Criado Perez Niewidzialne kobiety. Jak dane tworzą świat skrojony pod mężczyzn). Zazwyczaj są dwie: jedna dla kobiet, druga dla mężczyzn. Sprawiedliwie? Pewnie. To, że przy natłoku osób, do damskiej ustawiony jest sznureczek potrzebujących, a do męskiej nie, nikogo nie zastanawia. A sprawa jest prosta. Otóż procedura korzystania z toalety przez kobiety i mężczyzn jest zgoła odmienna. Nie wdając się w szczegóły, łatwo sobie wyobrazić, że jedynka czy dwójka, kobiecie zajmie więcej czasu, podczas kiedy mężczyzna z jedynką poradzi sobie dużo szybciej. Czy zatem sprawiedliwość nie powinna polegać na wyznaczeniu dwóch toalet damskich i jednej męskiej, uwzględniając fizjologię płci? No powinna.
Jak to się ma do referendum aborcyjnego? A no tak, drodzy mężczyźni, że ani ciąża, ani aborcja, ani blaski i cienie macierzyństwa nie mają nic wspólnego z waszą fizjologią. I nie, to, że jesteście dawcami nasienia, nie daje wam prawa do decydowania o tym, czy kobieta ma urodzić czy nie. Owszem macie prawo do tego, żeby rozważyła wasze zdanie na ten temat, ale ostateczna decyzja należy do niej, bo taka jest fizjologia. To kobieta będzie przez dziewięć miesięcy nosić w sobie wasze dziecko, ona będzie znosić związane z tym ból i stres. Będzie ryzykowała swoje, nie wasze, życie, jeżeli pojawią się komplikacje i powikłania. Ona będzie miała po porodzie rozciągniętą pochwę albo bliznę po cesarskim cięciu, rozstępy na brzuchu i piersiach. Ona będzie musiała łączyć karmienie piersią z obowiązkami zawodowymi, a najpewniej przez jakiś czas z pracy zawodowej zrezygnować. To kobieta musi chcieć wziąć na siebie to wszystko, a nie wy. Zatem drogi Szymonie Hołownia i cała reszto liberalno-konserwatywnego towarzystwa, zgadzam się na referendum, ale tylko wtedy, jeżeli pytania ułożą i prawo głosu w nim będą miały SAME KOBIETY. Tak będzie sprawiedliwie i zgodnie z fizjologią. Zainteresowani?

Please follow and like us:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *