Często słyszymy opinie, że w różnych momentach historii Polski jako naród potrafiliśmy lub nie zjednoczyć się wokół wspólnej sprawy. Wiele mówi się o tym, jak bardzo, my Polacy jesteśmy podzieleni obecnie. Ze szczególną surowością ocenia się powstania narodowe, które według niektórych przegrywaliśmy, bo zabrakło jedności. Bo nie przyłączyli się chłopi, bo zabrakło poparcia szlachty, bo inteligencja wypięła się na robotników, a potem robotnicy olali inteligencję.

Hajda!

A może to jednak pocieszające jest, że większość narodu nie pchała się pod szable i karabiny ciemiężców, w sytuacji, gdy szanse na zwycięstwo były marne (weźmy jako przykład wspólną politykę Rosji, Prus i Austrii wobec Polski przez cały XIX wiek i znikąd wsparcia). Uważam, że naród potrafił w tych trudnych chwilach wykazać się niespotykanym pragmatyzmem. I od razu stawiam pytanie o przywódców. Jakiż to niezwykle przenikliwy plan mieli ci, którzy wywołali powstanie listopadowe? Wpaść do pałacu namiestnikowskiego i zaciukać Konstantego? Jupi! A przywódcy AD 1863? Składana po chałupach broń i kilka tajnych komórek, a jak się zaborca zorientował, to hajda! zróbmy powstanie w styczniu! Rozgrzewka na śniegu głodnych i przemarzniętych partyzantów z regularną, skoszarowaną armią rosyjską to jest to! Jaki to wywołało historyczny efekt? Otóż, kiedy w 1914 pojawiły się realne szanse na zwycięstwo, bo wojna stała się globalna, bo w końcu zaborcy zaczęli sobie skakać do gardeł i wreszcie znalazł się przywódca, który dostrzegał to wszystko, to wtedy na widok Pierwszej Kadrowej trzaskały okiennice. Bo ten sponiewierany powstaniami naród pomyślał: NASTĘPNI szaleńcy rzucają się z motyką na słońce. Na szczęście dla nas tym przywódcą był Piłsudski, jeden z niewielu, któremu rzeczywiście należy się pomnik. Warto wspomnieć o odpowiedzialności tych, którzy zdecydowali o wybuchu powstania warszawskiego, bo miało ono nas niby uchronić przed komunizmem (o święta naiwności!), a wreszcie tych, którzy przeciągali w nieskończoność wojnę obronną w 1939, licząc na pomoc aliantów, choć już po tygodniu było jasne, że ta pomoc nie nadejdzie.

Cena honoru

Źródło: http://www.zwiazek-strzelecki.pl/wojna-obronna-1939/

Przemówienie ministra spraw zagranicznych Józefa Becka w Sejmie w dniu 5 maja 1939 r. wprowadziło Polskę na ścieżkę wojny z Hitlerem. My w Polsce nie znamy pojęcia pokoju za wszelką cenę. Jest tylko jedna rzecz w życiu ludzi, narodów i państw, która jest bezcenna. Tą rzeczą jest honor – powiedział. Bull shit! Oto kwintesencja podejścia naszych przywódców do narodu, a dokładniej do jednostki, do każdej Polki i każdego Polaka, chodzących ulicami tego kraju. Otóż drodzy byli, obecni i przyszli przywódcy, MY, naród polski, doskonale znamy pojęcie pokoju za wszelką cenę. A jedyną bezcenną rzeczą jest dla nas ŻYCIE nasze i naszych dzieci, a nie WASZ, tak zwany „honor”. Gdyby to rozumieli rządzący tym krajem w 1939 roku, oddaliby bez mrugnięcia okiem Gdańsk i „korytarz”, a kupiony czas wykorzystaliby na lepsze przygotowanie militarne i polityczne do i tak nieuniknionej wojny. Gdyby to rozumieli, nie kazaliby trwać tysiącom polskich żołnierzy w z góry przegranej walce, ale oszczędziliby ich siły i życie na czas realnej szansy. Ale nie rozumieli. Ani w 1939, ani wcześniej w 1863, ani później w 1944.

Nie chcę pytać: Czy to była kula, synku…

Źródło: wikipedia.pl

Konsekwencją są tysiące, a sumując kolejne klęski, pewnie miliony polskich istnień, o których lubimy mówić, że nie poszły na marne, bo dzięki temu lepiej się czuli przywódcy i czują ich dzisiejsi spadkobiercy, i my sami. Otóż poszły na marne! Trzeba to sobie jasno powiedzieć – nie mamy i nie mieliśmy nigdy pożytku z ich śmierci! Zginęli, bo ktoś „na górze” był niekompetentny, bo nie umiał ocenić sytuacji, bo wydawało mu się, że wie. I powinniśmy nad nimi płakać i o nich pamiętać nie dlatego, że ich walka na coś nam się przydała, tylko dlatego, że matki straciły synów i córki, a żony mężów – niepotrzebnie. Wiem, że dzisiaj, z perspektywy czasu i znajomości skutków, ławo się ocenia. Ale oceniajmy i wyciągajmy wnioski. Mój wniosek jest taki, że póki żyję nie pozwolę, aby moje dzieci poszły na nierówną walkę bez szans, na wezwanie jakiegoś megalomańskiego oszołoma.

Naród mądrzejszy?

Też dostrzegam wady narodowe Polaków. Nie jest z nami dobrze. Na wieść o tym, że 50% nie chodzi na wybory i swoim „nie interesuję się polityką” ostentacyjnie pokazuje jak głęboko w dupie ma Polskę, doznaję pospolitego wqrwu. Ale jeśli spojrzymy na inne przykłady z historii, akurat w kontekście zrywów narodowych jesteśmy całkiem niegłupim narodem. Weźmy zatem: powstanie ludowe w 1038 r. przeciwko agresywnej ekspansji chrześcijańskiej, powstanie wielkopolskie, wojna 1920, a wreszcie 10-ciomilionowy zryw „Solidarności” i z ostatnich lat: marsz czarnych parasolek, manifestacje prokonstytucyjne. We wszystkich tych wydarzeniach przywódców albo nie było, albo wyłonili się z tłumu. Widocznie, my Polacy, gdzieś podskórnie czujemy, kiedy warto. Czy dzisiejsi nasi przywódcy to rozumieją? Nie sądzę. Czy zawahaliby się, gdyby trzeba było rzucić na front tysiąc słabo uzbrojonych żołnierzy? Wątpię. I to też jest dobry powód, żeby zastanowić się czy i na kogo głosować w wyborach. W ostatecznym rozrachunku może się okazać, że właśnie w te konkretne ręce oddaliśmy decyzję o naszym życiu lub śmierci.

Please follow and like us:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *