1945

W styczniu 1945 był siarczysty mróz. Mimo to chodziliśmy z ojcem do fabryki. Rozbieraliśmy maszyny na części i pakowaliśmy je na samochody. Niemcy uciekali. Nawet pani Klimke, która całe życie spędziła w Łodzi i tu się urodziła, musiała wyjechać. Mówiła, że boi się Rosjan i Polaków, bo Niemcy zrobili tym narodom wielką krzywdę i ona wcale się nie dziwi, że chcą się zemścić. Mama mówiła jej, że nie pozwolimy, żeby coś złego ją spotkało, ale pani Klimke i tak wyjechała. Wszystkim nam było przykro z tego powodu. Nasza niemiecka sąsiadka płakała, kiedy się z nami żegnała. Zostawiła mamie parę naczyń i całą zastawę porcelanową i powiedziała, żeby przypilnować jej obejścia, bo może jak się wszystko uspokoi to wróci. Nigdy nie wróciła.
Tydzień później w Łodzi nie było już ani jednego Niemca. Przez kilka dni obserwowaliśmy czarny dym unoszący się znad Radogoszcza, który hitlerowcy podpalili razem z więźniami tuż przed ucieczką. Dobiegał też do nas swąd spalonych ciał, od którego robiło mi się niedobrze.
Nikt już nie pilnował bramy getta, które stało opustoszone. Wtedy Anielka powiedziała, że chce iść poszukać Chawy. Nie powiedziałem jej nigdy, co się stało. Nie umiałem jej tego powiedzieć. Za to przez cały ten czas pielęgnowałem w sobie nienawiść do Dawida i teraz pomyślałem, że może on przeżył i będę mógł wymierzyć mu sprawiedliwość. Miałem już prawie osiemnaście lat. Urosłem i nabrałem siły i czułem, że mógłbym się z nim zmierzyć. Powiedziałem Anielce, że Niemcy wywieźli wszystkich Żydów i zamordowali i nie ma tam czego szukać. Odpowiedziała, że zawsze jest jakaś nadzieja i że słyszała, że niektórzy Żydzi przeżyli w kryjówkach, więc może… Wtedy odezwała się matka, która słyszała tę rozmowę:
– Idźcie, idźcie. Może znajdziecie jakieś złoto, bo Żydziska pełno tego mieli… – powiedziała.
Na to ożywiła się nasza siostra Tereska i powiedziała, że też z nami pójdzie. Przyłączyło się kilka innych dzieciaków z ulicy i tak poszliśmy: ja na poszukiwanie zemsty, Anielka przyjaciółki, a reszta – złota.
W pierwszym mieszkaniu, do jakiego weszliśmy zobaczyliśmy łóżko, na którym leżała sterta pierzyn i poduszek. Dzieciaki zaczęły zrzucać jedną po drugiej w nadziei, że ukrywają jakieś skarby, ale pod spodem znaleźli tylko trupa starego Żyda, który z powodu mrozu zachował się w całkiem dobrym stanie. Poczułem mdłości, jeden chłopak wręcz zwymiotował. Ale nasza Tereska, za co jest mi wstyd do tej pory, dopadła do nieboszczyka i przeszukała kieszenie jego ubrania. Kiedy nic nie znalazła zaczęła psioczyć na zmarłego i cały naród żydowski, jak matka. W końcu nie wytrzymałem i palnąłem ją w ucho, tak, że z płaczem pobiegła do domu. Teraz żałuję, że to zrobiłem. Nie powinienem tak traktować siostry.
Odłączyliśmy się z Anielką od grupy i poszliśmy na ulicę Łagiewnicką, tam, gdzie kiedyś mieszkali Fajmanowie i Grinbaumowie. Mieszkanie, tak jak przypuszczałem, zastaliśmy puste. W kącie pokoju leżała tylko sterta ubrań, a na samym wierzchu dziecięcy płaszczyk z żółtą łatą. Pewnie nie należał do Chawy, pewnie mieszkali tam później inni ludzie, ale na ten widok nie wytrzymałem. Zacząłem płakać i opowiedziałem siostrze o wszystkim. Kiedy już uspokoiliśmy emocje Anielka poszła do domu, a ja chciałem jeszcze chwilę zostać i poszukać jakiś śladów bytności Dawida. Nic nie znalazłem, zabrałem tylko na pamiątkę po Chawie tę żółtą gwiazdę i zszedłem na dół. Kiedy już wychodziłem z klatki usłyszałem jakiś hałas od strony piwnicy i po chwili drzwi otworzyły się. Mrużąc oczy od dziennego światła wyszli dwaj mężczyźni i dwie kobiety. Wszyscy wyglądali okropnie. Wychudzeni, śmierdzący, jeden z mężczyzn z gorejącą raną na szyi. Zapytali mnie o coś po żydowsku, ale ja byłem zbyt oszołomiony ich widokiem i nie rozumiałem języka. Jedna z kobiet podeszła do mnie i zapytała po polsku: „Janek? To ty? Gdzie są Niemcy? Powiedz, gdzie są?”. Wtedy ją rozpoznałem. To była Rywka Grinbaum. siostra Dawida, która teraz wyglądała, jak staruszka. Powiedziałem, że Niemców nie ma, że uciekli, że mogą iść, gdzie chcą. Wtedy oni usiedli tam, gdzie stali i zaczęli wszyscy płakać, wznosili oczy do nieba i wypowiadali jakieś słowa, chyba modlitwy.
Zapytałem Rywkę o Dawida i o to, jak udało jej się przeżyć. Opowiedziała mi, że jej rodziców Niemcy wywieźli w 1944 roku, dwaj bracia zmarli na tyfus, a Dawid i ona zostali w brygadzie porządkującej getto. W październiku Dawid kazał jej się ukryć razem z jego znajomymi w kryjówce i powiedział, że po nią wróci. Dalej nie wiedziała, co się działo. Mówiła też, że siedzieli w tej kryjówce tyle tygodni i już skończyło im się jedzenie, więc postanowili wyjść i oddać się Niemcom na śmierć. Nie wiedzieli, że Niemców już nie ma. Powiedziała, że nie wie, co ma teraz zrobić, że musi czekać na Dawida.
Zabrałem Rywkę do naszego domu. Mama się bardzo zdenerwowała i powiedziała, że sami nie mamy co do garnka włożyć, a ja jeszcze przyprowadzam zawszoną Żydówicę. Ojciec nic się na to nie odezwał, ale kazał Rywce zostać. Anielka pomogła jej się umyć i przebrać. Została kilka dni i cały czas powtarzała, że musi czekać na Dawida. Matka i Teresa ciągle jej dogadywały i mówiły, że nie może u nas dłużej zostać. Któregoś dnia, gdy Rywka znowu wspomniała o Dawidzie, nie mogłem już tego wytrzymać i wykrzyczałem jej w twarz, że jej brat to morderca, że zabił Chawę i że, gdy tylko się tu pojawi to zabiję go własnymi rękami. I wtedy Rywka odeszła. Nikt nie wiedział dokąd.
Rok później pracowałem na budowie. Wszystko zaczęło się jakoś układać. Dziewczynki zaczęły szkołę. Ja też uczyłem się wieczorowo. Ludzie wracali z frontu, z obozów. Niektórzy nie wracali, choć ich krewni ciągle czekali. My mieliśmy szczęście, bo z Niemiec wróciła Irka i prawie od razu wyszła za mąż. Zamieszkali w murowanym domu po Grinbaumach, który i tak stał pusty.
Któregoś dnia na budowie pojawił się wysoki facet, ubrany w prochowiec i po krótkiej rozmowie z majstrem skierował się w moją stronę. Od razu go poznałem. Gdy tylko zbliżył się na odpowiednią odległość zaatakowałem. Nie był tak silny jak kiedyś. Nawet nie próbował się bronić. Więc w końcu przestałem bić. Dawid leżał na ziemi i nagle zaśmiał się, a potem zaśpiewał coś po żydowsku. Wokół nas zebrali się inni robotnicy. Jeden z kolegów zapytał mnie, czy to Żyd. I ja powiedziałem, że tak, że to przebrzydłe Żydzisko, które mordowało dzieci w getcie. Wtedy oni rzucili się na niego. Ja nie reagowałem. Tak naprawdę wtedy, na tej budowie, chciałem, żeby go zabili, żeby zrobili to za mnie. Gdyby nie majster, który nadbiegł na to wszystko, pewnie tak by się stało. Kiedy się już rozeszli, majster pomógł mu się podnieść i wtedy Dawid zapytał o Rywkę. Dowiedział się gdzieś, że była u nas i że ja się nią opiekowałem. Nic mu nie odpowiedziałem. Odszedłem stamtąd i słyszałem tylko jak krzyczał za mną: „Gdzie jest Rywka? Gdzie? Musisz mi powiedzieć!”
Od tamtego czasu nie widziałem ani Dawida, ani Rywki, ani nikogo z naszych żydowskich sąsiadów. Aż do roku 1969.