2018 później

Mieli problem z załatwieniem miejsca. Na hasło „Ruch Narodowy” zapadała niezręczna cisza w telefonie. W końcu udało się namówić dziekana na udostępnienie sali, który, co ciekawe, zdradził zainteresowanie spotkaniem i podpytywał o ideę ruchu. Na sali siedziało zaledwie kilkanaście osób, ale Filip był spokojny. Spotkanie miało zacząć się dopiero za pół godziny. Kilku chłopaków rozstawiało jeszcze krzesełka. Zajął się przygotowaniem rzutnika i laptopa, gdy do sali wszedł Michał Wichnicz z dwoma, równie eleganckimi dryblasami.
– Witam panów! Co się dzieje w państwie łódzkim? – Misiek z uśmiechem uścisnął rękę Filipowi i jego koledze z roku, podczas kiedy pozostała dwójka zajęła miejsca w pierwszym rzędzie.
– Co to za jedni? – spytał Filip.
– Zaraz was przedstawię, to dawni znajomi… Będą teraz z nami współpracować. Słuchaj Filip, mam wieści o Łapie i Kojocie… Dostali po 4 miesiące. Chciałbym, żebyś przekazał chłopakom…
– 4 miesiące? Za pobicie? To chyba nie tak źle, co?
– No wiesz, jeżeli wziąć pod uwagę, że odsiedzą to tylko we dwóch, bo pary nie puścili o twoim i Dzikiego współudziale, to dobrze też nie jest… Co kolego? Poza tym, w Białymstoku mamy myślących prokuratorów i sędziów. Patriotom krzywdy nie dadzą zrobić. – Michał mrugnął do Filipa i poklepał go po ramieniu, po czym usiadł obok swoich kolegów.
Filip poczuł się nieswojo. Był wdzięczny chłopakom, że nie wyklepali na komendzie kto im pomagał w biciu czarnucha na Piotrkowskiej, ale też nie do końca miał poczucie, że pomagał. Przecież nie on bił i kopał. Owszem przytrzymali gościa razem z Dzikim, ale to miały być tylko żarty. Postraszyć i puścić – o nic więcej nie chodziło, przynajmniej jemu. Kiedy usłyszeli wycie syren policyjnych, rozbiegli się we wszystkie strony, ale Łapa i Kojot nie mieli farta. Natknęli się na straż miejską, która przytrzymała ich do momentu przybycia policji. W międzyczasie doczłapał się czarnuch z dziewczyną i było pozamiatane. Misiek załatwił przeniesienie sprawy do prokuratury w Białymstoku. Teraz, przed wyborami, takie akcje trzeba wyciszać.
Na kilka minut przed 18-tą na sali zostało niewiele wolnych krzesełek. Szczerze mówiąc, Filipa zaskoczyła ta ilość. Do tej pory na organizowanych przez niego spotkaniach bywało góra piętnaście osób. Planowali, układali program dla Łodzi, czytali nowinki z miasta, obmyślali strategię. Tak, jak chciał Misiek. Teraz na sali widział wiele nieznanych mu twarzy i nie miał pojęcia, skąd wiedzieli o tym spotkaniu. Owszem miał przedstawić swoją koncepcję programu wyborczego, ale nie spodziewał się takiej publiki. Zobaczył stojącą pod oknem Justynę, która pomachała do niego radośnie i pokazała, że trzyma kciuki. To dodało mu odwagi, która zaraz odpłynęła, gdy w drzwiach stanął dziekan. Kilka osób z roku Filipa wstało i uścisnęło mu rękę, zapraszając do swojego rzędu. Na laptopie zegar pokazał 18-tą. Czas zacząć.
– Koleżanki i koledzy! Szanowni państwo!
– Głośniej! Nie słychać! – padło z końca sali. Justyna pokazała na mikrofon. Szlak! Nie włączony!
– Szanowni Państwo! Koleżanki i koledzy! Spotkaliśmy się tu dziś w tak dużym gronie, żeby przedyskutować postulaty programowe naszego ruchu, Ruchu Narodowego. Witam łodzian oraz gości z całego województwa i z innych regionów kraju. – Filip skinął do Michała, który machnął przyjaźnie ręką. Nie czuł już tremy. Przedstawił wszystkie najważniejsze problemy Łodzi, zaproponował rozwiązania, nawoływał do zmiany, podkreślał, jak ważne to wszystko jest dla Polski. W odpowiedzi słyszał pomruki aprobaty, czasami ktoś zaklaskał. Chyba Justyna. Spojrzał na dziekana, ale nie wyczytał nic z jego twarzy. Za to Misiek całą swoją postawą pokazywał mu, jak bardzo jest rozczarowany. Na szczęście Filip zauważył to, kiedy już kończył swoje wystąpienie.
– Otwieram teraz dyskusję, czy ktoś chciałby zabrać głos? – zapytał z ulgą, że może uda się oddać mikrofon. Jeden z kolegów Michała wstał i nie patrząc na Filipa wziął od niego mikrofon.
– Dobry wieczór. Nazywam się Mirosław Bieda. Chcę powiedzieć, że wszystkie przedstawione przez kolegę postulaty są bardzo słuszne, ale nie widzę w tym wartości narodowych. Nie wiem, czy kolega boi się lewackich agentów, ukrytych na tej sali? – Rzucił na Filipa szydercze spojrzenie. Z kilku części sali dobiegł chichot. Uśmiech pojawił się też na twarzy Miśka. – Czym mamy przekonać naszych wyborców? Placami zabaw i nowymi chodnikami? To słyszymy od lat! A co z bezrobociem? Wystarczy rozejrzeć się po łódzkich firmach. Kto tam pracuje? Polacy? Nie! Dzisiaj w Łodzi pracują Ukraińcy! Przede wszystkim Ukraińcy! Potomkowie tych, którzy siedemdziesiąt lat temu mordowali na Wołyniu naszych dziadków! Dzisiaj przyjeżdżają tu, do Łodzi i zabierają Polakom miejsca pracy! A za nimi Azjaci! To jest prawdziwy łódzki i polski problem!
Salę wypełniły brawa. Ktoś krzyknął: „Polska dla Polaków!”. Filip czuł jak narasta w nim złość. Złość na samego siebie. Coś się z nim stało od czasu tego incydentu z Afrykaninem na Piotrkowskiej. Wtedy, gdy spojrzał w oczy tego człowieka, kiedy splunął mu w twarz, czuł, jakby ktoś spuścił z niego powietrze. Coraz rzadziej bywał w klubie, u chłopaków. Zresztą, odkąd zamknęli Łapę, klub w zasadzie nie funkcjonował. Dziki miał klucze, ale ciągle się wymawiał brakiem czasu. Filip też nie miał go za dużo. Praca, studia, no i spotkania. Zaangażował się w budowanie łódzkiej komórki ruchu narodowego. Na roku miał kilka naprawdę mądrych osób, z którymi się dobrze rozumiał. No, może nie do końca ich poglądy zgadzały się z poglądami Michała Wichnicza, który stał się mentorem Filipa. Ale dużo dyskutowali i dochodzili często do wspólnych wniosków. A podstawowy wniosek był taki, że najważniejsza jest Polska i Polacy. Ostatecznie ustąpił w sprawie Hitlera. Okej, masowe mordowanie ludzi to nie najlepszy pomysł, ale niech każdy siedzi w swoim kraju i pracuje dla niego. Żydzi, Ukraińcy i wszyscy inni. I Polacy. Też powinni tu wrócić i tu pracować. Dlaczego nie powiedział o tym w swoim wystąpieniu? Dlaczego o tym nie pomyślał? Może dlatego, że sprawdził stopę bezrobocia w łódzkiem i wiedział, że jest na najniższym poziomie od kilku lat. Wiedział, że ci Ukraińcy, których jest rzeczywiście sporo, wprawdzie „rozrzedzają” społeczeństwo, ale na pewno nie zabierają Polakom pracy. I wiedział, że za kilkanaście lat nie wystarczy samych Polaków, żeby zapracowali na emerytury swoich rodziców.
Filip popatrzył na twarze młodych ludzi żywo reagujących na kolejne argumenty Mirosława Biedy. O tym, że Unia to wyzysk jej biedniejszych członków przez tych najbogatszych, że Niemcy dominują nad resztą Europy i zmierzają do sojuszu z Rosją, na rzecz której działają lewackie siły w Polsce. O tym, że my, Polacy powinniśmy wszystkimi siłami bronić się przed napływem obcego elementu. O tym, że trzeba wrócić do tradycji i chrześcijaństwa, bo w tym tkwi siła Narodu. I że to wszystko powinno się zacząć tu, w Łodzi. Dlaczego on, Filip, o tym wszystkim nie pomyślał? Czemu tego nie powiedział? Przecież tak właśnie myśli, w to wierzy. Burza braw wyrwała go z zamyślenia.
Mikrofon przejął drugi kolega Miśka, który przedstawił się jako Marcin Jaskulski. Widać było, że czasy studenckie ma już dawno za sobą. Na twarzy widoczne były drobne zmarszczki.
– Koleżanki i koledzy! Serce rośnie, kiedy patrzy się na wasz zapał i młodość. To do was należy ten kraj, do was należy Łódź. Kolega Mirek mówił o sprawach najważniejszych. One wywołują najwięcej emocji, co widzimy na tej sali. – objął spojrzeniem zgromadzonych i zatrzymał je na skulonym Filipie.
– Ale kolega… yyy… nie pamiętam… – zająknął się.
– Filip – rzucił pośpiesznie Michał.
– …kolega Filip, mówił również o rzeczach bardzo ważnych, z których, tak naprawdę składa się nasza codzienność. Czy nie możemy tego połączyć? Czy rzeczy ważne wykluczają te najważniejsze lub odwrotnie? Nie! Oczywiście: Polska dla Polaków! Ale dla Polaków też przedszkola, chodniki i praca! I na tym powinniśmy się skupić w czasie kampanii do wyborów samorządowych. Pozwólcie, że przedstawię teraz mój program dla Łodzi.
Z każdym kolejnym zdaniem Marcina Jaskulskiego Filip prostował się na krześle i odważniej spoglądał na Miśka i zadufanego Mirosława. Więc to, co mówił nie jest takie całkiem bezwartościowe. Oczywiście! Połączmy jedno z drugim, dlaczego nie? To jest sposób na zwycięstwo. Wsłuchiwał się w przemówienie starszego kolegi z coraz większym podziwem.
Głos zabrało jeszcze kilka osób i zebranie dobiegło końca. W sali pozostał Misiek z kolegami, kilku chłopaków z roku Filipa, którzy zajęli się porządkami, i jak się okazało, obecny w czasie spotkania Dziki.
– Radosław Dzikowski – przedstawił się Mirosławowi, potrząsając energicznie jego ręką. – Fantastyczne przemówienie! Tak właśnie! Musimy zrobić wszystko, żeby pozbyć się tych ukraińskich szumowin. Zresztą nie tylko ich…
– Dziki, poznaj Marcina, nasz kandydat numer jeden na łódzkiej liście! – Michał poklepał Jaskulskiego po ramieniu.
– Witam, witam. A kolega to się dał omamić naszemu Delikatesowi chyba? He, he… – powiedział Dziki spoglądając drwiąco na Filipa. – Twardym trza być, nie miętkim! Nie Rojek? He, he…
Gniew i zażenowanie powróciło, ale zanim Filip zdążył dać im upust, odezwał się Marcin.
– Spokojnie kolego! Miałeś kilka fajnych pomysłów, które na pewno wykorzystam w kampanii. Ale powinieneś popracować nad wygłaszaniem przemówień. Zresztą tak samo jak Mirek. Ludziom trzeba mówić to, co chcą usłyszeć. Tu większość przyszła, żeby słuchać o wielkiej Polsce. I dostali to, co chcieli. Ale przyszli też inni, z hasłem „Sprawdzam!” I im musimy pokazać, że jesteśmy poważnym ugrupowaniem, że odpowiadamy też na ich oczekiwania.
– Nawet jeśli nie do końca odpowiadamy – dorzucił z uśmiechem Misiek, kończąc w ten sposób wywód Marcina. – Filip, choć na słówko.
Wyszli na korytarz. Filip rzucił okiem na telefon. Umówił się z Justyną przed głównym wejściem, nie chciał, żeby czekała zbyt długo.
– Wystawiłeś mnie – powiedział ze spokojem do Michała.
– To nie tak…
– Wystawiłeś mnie, bo nie jestem dość twardy, tak? Mówiłeś, że mam być liderem…
– Bo jesteś… będziesz…
– Którym w kolejności? Ilu jeszcze Marcinów i Mirków masz w zanadrzu? Inaczej się umawialiśmy…
– Chwila! Niczego ci nie obiecywałem. To po pierwsze. Po drugie, możesz być na… czwartym… trzecim miejscu listy. To zależy tylko od ciebie.
– Zależy tylko ode mnie?! Mało się naharowałem? Ściągam ludzi, nagabuję, prowadzę jakieś pieprzone kluby dyskusyjne, a ty mi mówisz, że sobie nie zasłużyłem?!
– Sam powiedziałeś przed chwilą, że nie jesteś dość twardy. To twoje wystąpienie… co to miało być? Nowe przedszkola? Remonty szkół? Tylko pomnik Wyklętych ci się jakoś udał. Cała reszta to dobre dla kół gospodyń wiejskich! Tu trzeba uderzenia, trzeba poruszyć ludzi. Ale umiejętnie. Widziałeś, co zrobił Marcin. Jak pływał, lawirował. Nie odszedł ani na krok od głównego nurtu, od tego czym jest Naród i dlaczego jest najważniejszy. A jednocześnie, gdzieś tam w tle przebijało co nieco dla gospodyń… To jest polityka, stary, jesteś na to gotowy? Jesteś?
Filip milczał.
– No i ta sprawa z czarnuchem…
– No tak! Przecież o to wam chodzi! – Kruchy spokój Filipa rozsypał się jak popiół.
– Wiem, że sytuacja była trochę ekstremalna, ale to właśnie w takich chwilach trzeba pokazać charakter, a ty… no cóż… zawiodłeś…
Michał ściszył głos, ale dla Filipa słowa, które wypowiadał były jak uderzenia młotem. Zawiódł – to prawda. W głowie kotłowały mu się myśli. Tak wiele dał z siebie przez ostatni rok. Wierzył mocno w narodowe idee. Wierzył, że może być lepiej w kraju, w mieście. Dużo się nauczył przez ten rok studiów. Nie wszystko pasowało do ideologii Miśka i Dzikiego, ale uwierzył, że może mieć wpływ na ich myślenie. Potem był ten incydent na Piotrkowskiej, który w jakimś sensie przełamał go. Coś zmienił. Do tego wszystkiego doszły problemy z matką, jej praca, potem picie. W jakimś momencie postanowił, że już nigdy więcej nie ulegnie. I teraz też nie. Nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Musi tylko coś załatwić. Zrobić coś ważnego…  I nagle wśród tych myśli pojawiła się postać jego siostry. „Marta, Marta… Będziesz moim kluczem”.
Wolnym krokiem zbliżała się Justyna. Widać straciła cierpliwość.
– Masz rację Michał. Chyba wiem, o co ci chodzi. Ale to nie jest tak, jak wszyscy myślicie. Nie jestem miękki. I udowodnię do. – Spojrzał w kierunku Justyny. – Muszę lecieć.
– Co planujesz? – Zapytał Misiek z zainteresowaniem.
– Trzymaj się. Pozdrów Łapę i Kojota!
Filip podszedł do dziewczyny i odwzajemnił jej pocałunek. „To jeszcze może być udany wieczór” – pomyślał.

***

– Gdzie mama? – Marta weszła do kuchni, w której siedzieli przy stole trzej mężczyźni tego domu: jej ojciec, dziadek i brat. W normalnej sytuacji obśmiałaby ich grobowe miny, ale teraz nie miała nastroju do żartów.
– Śpi – odpowiedział ojciec.
– Wczoraj się znowu upiła – Filip spojrzał na Jacka. – Co z nią jest? Nie możesz z nią pogadać?
– Uważasz, że nic nie robię? Że siedzę z założonymi rękami i patrzę jak marnuje sobie i nam  zdrowie i życie? Może masz rację… Może powinienem zrobić coś konkretnego, zamiast tylko gadać…
Na twarzy Jacka widać było zmęczenie. Jego monotonny głos nie wyrażał cienia irytacji, jakby już nie miał siły się denerwować. Wbrew temu wrażeniu odezwał się teść:
– Nie kłóćcie się. To nic nie da. Matka ma trudny czas… To przejdzie… Przejdzie…
– Dziadku, to nie jest grypa. Ona pije coraz częściej. Już nie pamiętam weekendu, po którym nie chodziłaby skacowana… – powiedziała Marta.
– W tygodniu też nie jest najlepiej. Wy jesteście w pracy to nie widzicie, ale ja widzę. Zaczyna popijać w ciągu dnia. Ale to przejdzie…
– Przestań to w kółko powtarzać! – Filip nie wytrzymał. – Nic nie przejdzie! Sam widzisz, że jest coraz gorzej. Tato, a co z jej pracą, przecież chodzi na te rozmowy…i co? Nikt nie oddzwania?
– Rozmawiałem z nią o tym. Ona twierdzi, że jest bezwartościowa, że nic nie potrafi, że jest za stara, żeby uczyć się wszystkiego od początku… Frustrują ją młodzi, przed którymi, jak twierdzi, musi się płaszczyć. Mówi, że to upokarzające… Już nawet przestała przeglądać ogłoszenia.
– Boże… Ona jest w depresji…  Powinna brać leki. – Marta była bliska płaczu.
– Przestała kilka miesięcy temu. Teraz… w połączeniu z alkoholem to może nie być dobry pomysł… – Ojciec wstał i pogłaskał Martę po głowie, tak jak robił to, gdy w dzieciństwie zgubiła zabawkę albo pokłóciła się z koleżanką.
– Nie, nie, nie. Słuchajcie to nie tak. Musimy jej pomóc. Ona potrzebuje zajęcia, pracy. Wtedy ruszy. Przecież wszyscy znacie matkę. Głupieje jak nic nie robi. Pamiętacie, że nawet w wakacje, jak miała dużo wolnego, to wymyślała jakieś pierdoły, żeby nie siedzieć. Praca ją uzdrowi…
Zapadło milczenie. Każdy wiedział, że Filip ma rację, ale jak przekonać kobietę z depresją, żeby po kilkunastu niepowodzeniach ruszyła znów na podbój rynku pracy? Wtedy dziadek spojrzał na wnuczkę tym swoim przenikliwym, wciąż bystrym mimo wieku, wzrokiem.
– Marta, a ty nie możesz zapytać tam… u tych Żydów, czy czego by nie było dla matki? W tym twoim Centrum?
Oczy wszystkich skierowały się na dziewczynę.
– O widzisz! Teraz gadasz jak człowiek. – Filip klepnął dziadka po ramieniu, jak dobrego kolegę.
– Ale u nas nie ma teraz żadnych rekrutacji. Po za tym trzeba znać angielski…
– No przestań! Pogadaj z kim trzeba. Nie musi być od razu dyrektorką, ale jest polonistką, wykształcona. Macie tam przecież jakiś dział edukacji, może coś się znajdzie.
– Marta, to dobry pomysł. Mogłabyś chociaż zapytać. – Ojciec jakby się ożywił.
– No dobrze, ale pod koniec tygodnia, bo teraz dyrektorka wyjechała na konferencję, ale wraca na weekend. Bo będziemy sadzić następne drzewko.
– Co będziecie robić? Jakie drzewko? – zainteresował się Filip.
– Ocalałego…
– Filip pomóż mi… – stary człowiek zaczął nerwowymi ruchami wycofywać wózek od stołu.
– Czekaj dziadek, co cię tak przypiliło? – powstrzymał go wnuk. – Jakiego ocalałego? O co chodzi?
– Przecież pracuję w Parku Ocalałych, tam jest Centrum Dialogu… Co ty się z choinki urwałeś? Od czasu do czasu przyjeżdżają do nas Żydzi, którzy ocaleli z Zagłady i zasadzają drzewko na pamiątkę… Dziadku, co ci jest? Źle się czujesz?
– Muszę do toalety… pomóż mi dziecko…
Jacek postanowił wyręczyć swoje dzieci i powoli manewrował inwalidzkim wózkiem teścia w stronę korytarza.
– I teraz ktoś przyjeżdża?
– No tak, w sobotę… O! dziadku, właśnie miałam cię zapytać… Ten Żyd mieszkał przed wojną na Okopowej… nazywa się… Dawid… Grinbaum? Czy jakoś tak… nic ci to nie mówi? Dziadku?
– Źle się czuję… – starzec spojrzał na zięcia niemal błagalnym wzrokiem.
– Marta, daj spokój dziadkowi. I proszę, porozmawiaj z dyrektorką… może coś się znajdzie… dla mamy… – ojciec wypowiedział te słowa jakby ciszej i opuścił kuchnię wraz z teściem z wyraźną ulgą dla nich obu.
– Widziałeś jak zareagował? – Dziewczyna zwróciła się do brata.
– Ojciec? Dziwisz się? Martwi się o matkę, tak jak my…
– Nie ojciec. Dziadek.
– No on też się przejmuje…
– Nie o to mi chodzi. Specjalnie zapytałam go o tego Grinbauma… Wiesz jak on reaguje na słowo „Żyd”, zresztą, obaj tak reagujecie… – Marta przewróciła oczami. – Chodzi mi o to, że zawsze się wścieka, zaczyna wygłaszać te swoje antysemickie tyrady… A teraz, jakby… zapadł się w sobie…
– Słyszałaś. Źle się poczuł…  Czego ty się doszukujesz?
– Nie wiem, nie wiem, ale… są takie tematy… „żydowskie”, które wywołują w nim dziwne reakcje…
– Słuchaj… a kiedy dokładnie wraca ta twoja dyrektorka?
– W sobotę mamy wkopanie drzewka, Grinbaum przyjeżdża w piątek, więc myślę, że w czwartek już będzie w pracy… I wtedy z nią pogadam.
– Fajnie… Dzięki siostra – Marta zabrała niedopitą kawę i wychodząc z kuchni przybiła Filipowi piątkę.
Za oknem wiatr potrząsał rdzawymi i żółtymi liśćmi drzew, z których wiele, poddając się delikatnym podmuchom, odrywało się od swego żywiciela i opadało łagodnie na ulicę. Słońce przebijało przez przerzedzone konary i pozwalało kolorom jesieni wydobyć się z zakamarków roślinności. Filip przyglądał się tej grze świateł i kolorów na ulicy Cyprysowej, na której zamiast cyprysów obficie rosły kasztany. „Park Ocalałych” – pomyślał i uśmiech pojawił się na jego twarzy – „Marta, Marta… Jesteś moim kluczem…”