1969

Kilka lat po wojnie znalazłem moją Basię, ożeniłem się i życie stało się jaśniejsze. Pracowaliśmy razem w zakładach Marchlewskiego. Planowaliśmy, że będziemy mieć dużo dzieci, ale los nam tego poskąpił. Przez długie lata żona nie mogła zajść w ciążę, a kiedy się udało to nie mogła donosić. Za drugim razem powiedziała, że już nie chce próbować. I tak żyliśmy we dwoje, ciesząc się dziećmi Anieli, którą Bóg obdarzył trójką.
Ale pewnego zimowego wieczoru 1969 roku wszystko się zmieniło. Mieszkaliśmy już na Cyprysowej, w domu po rodzicach żony. Odwiedził nas wtedy Dawid Grinbaum. Na ręku trzymał półtoraroczną dziewczynkę. Zmieszałem się na widok jego i dziecka, nie wiedziałem, co powiedzieć. Przedstawił się jako dawny kolega. Basia wpuściła go do środka i zaproponowała herbatę. Odżył dawny gniew, ale nie chciałem wybuchnąć przed żoną, której nigdy nie mówiłem o swoich wojennych przeżyciach. Nie chciałem też przestraszyć dziecka. Więc przyjąłem Dawida jak starego znajomego i udawałem, że cieszy mnie jego wizyta.
Okazało się, że w 1944 roku z getta trafił do obozu Sachsenhausen. Ponieważ miał silny organizm przeżył marsz śmierci do Bergen-Belsen, tam doczekał wyzwolenia i po kilkumiesięcznej kuracji wrócił do Łodzi szukać Rywki. Po tym jak zostawiłem go pobitego na budowie udał się na dawny teren getta szukać siostry. Dowiedział się, że prawdopodobnie jest w Ozorkowie u polskich przyjaciół ich ojca. Nigdy jej jednak nie znalazł, choć szukał przez Czerwony Krzyż i Brichę. Postanowił wyjechać z Łodzi i osiedlił się w Warszawie. Trudno było o pracę. Nikt nie chciał zatrudnić Żyda. W końcu trafił tam, gdzie nikomu nie przeszkadzało jego żydowskie pochodzenie, czyli do Urzędu Bezpieczeństwa. Najpierw jako sprzątacz, potem klawisz, a wreszcie po skończonych studiach jako zwykły urzędnik. Powiedział, że sprzątał krew w  pokojach przesłuchań, wnosił do cel pobitych więźniów, ale nigdy nie przyłożył ręki do ich krzywdy. Zamilkł i czekał na moją reakcję. Wiedział, że w tym momencie muszę to powiedzieć.
– Widziałem jak wysyłałeś na śmierć małe dzieci, widziałem jak zastrzeliłeś Chawę, więc mi nie wmawiaj, że nie torturowałeś więźniów. Przecież to lubisz, prawda Dawid? Lubisz znęcać się nad słabszymi?
– Ona i tak by zginęła… Zginęlibyśmy oboje…
– To trzeba było z nią umrzeć, tam w getcie. Myślisz, że światu jest potrzebny taki parch jak ty?
Nie potrafiłem już powstrzymać gniewu, wtedy Basia wzięła mnie za rękę i zapytała Dawida, po co przyszedł. Powiedział, że nigdy nie założył rodziny, nie mógł po tym, co przeszedł. Ale miał wiele kobiet. Kilka miesięcy temu jedna z nich przyszła do niego z dzieckiem i powiedziała, że jest chora i nie ma komu zostawić małej. Od jej śmierci minęły dwa tygodnie.
– Teraz muszę wyjechać z Polski, wiecie co się dzieje. Żydzi znowu są elementem niepożądanym. Nie wiem, co będzie dalej. Nie mogę narażać dziecka na tułaczkę. Janek… Masz rację, trzeba było zginąć tam razem z Chawą. I wiesz co? Mogłem wtedy zastrzelić siebie zamiast niej. Taki wybór dał mi esesman. Ale myślałem tylko o swojej rodzinie. O rodzicach, którzy już nie mieli siły pracować, o Rywce, o bracie, którego zżerała choroba. Widzisz to nie był taki prosty wybór: ja albo ona. To był wybór: ona albo moja rodzina. Oni i tak zginęli, więc pewnie masz rację… Ale wtedy beze mnie nie przeżyliby ani dnia dłużej…
Siedziałem i nie mogłem nic powiedzieć. Wszystko wróciło. Żal, smutek, łzy, które płynęły po twarzy, choć wcale tego nie chciałem. Dawid spojrzał na mnie i uśmiechnął się:
– Zawsze byłeś miękki – powiedział.- Dlatego przyszedłem do ciebie. Mała zasługuje na takiego ojca jak ty. Tu mam wszystkie papiery. Wystarczy, że podpiszecie. Pojutrze mam pociąg do Berlina. Stamtąd wylatuję do Tel Awiwu.
– Nie możesz tak po prostu przyjść tu i zostawić nam dziecka – powiedziałem – To nie jest rzecz, chociaż masz zwyczaj tak traktować ludzi.
– Janek, uwierz mi, dobrze to przemyślałem. Niewiele rzeczy w życiu zrobiłem „tak po prostu”. Temu dziecku nie może się przytrafić w życiu nic lepszego, niż tacy rodzice jak wy. Co może zyskać przy mnie? Pomyśl, czego ja mógłbym ją nauczyć?
Basia wzięła małą, która usnęła na kolanach ojca i ułożyła ją na łóżku. Spojrzała na mnie i wiedziałem, że już podjęła decyzję.
– Co powiedziałeś wtedy temu esesmanowi? Kiedy szedłeś z Mojszem na ręku do ciężarówki? – zapytałem.
– Powiedziałem, że Chawa ma dwanaście lat.*
– I co? Czemu cię uderzył?
– Powiedział, że jestem kłamliwym, parszywym Żydem i pójdę się smażyć razem z innymi.
Zamilkłem.
Ustaliłem z Dawidem Grinbaumem, że odtąd dziecko nazywa się Ewa Malewska, że zrzeka się do niej wszelkich praw i nigdy nie będzie się z nią kontaktować, a jej żydowskie korzenie pozostaną dla niej nieznane. Kiedy wychodził z naszego domu spojrzał na mnie i zapytał:
– Wiesz, że „Ewa” to po żydowsku „Chawa”?
Nie wiedziałem.

*W czasie Wielkiej Szpery w 1942 roku Niemcy wywieźli z getta łódzkiego i zamordowali wszystkie dzieci do 10 roku życia, jako te, które nie nadawały się do pracy.