Taksówkarz zbyt długo szamotał się z wózkiem inwalidzkim, pakując go do bagażnika. Jan Malewski niecierpliwie spojrzał w okno kuchenne swojego domu. Przez chwilę wydawało mu się, że za firanką mignęła twarz jego córki. Odrzucił jednak tę myśl. Wczoraj z lodówki zniknęła butelka żubrówki, a Ewka nie wychyliła się przez resztę dnia z pokoju. Scenariusz był stały. Tylko ostatnio zmienił się gatunek alkoholu. Na wszelki wypadek przed wyjściem zajrzał delikatnie do jej sypialni i upewnił się, że śpi. Cały dom pogrążony był we śnie. Była dopiero piąta.
             Zastanawiał się, czy zabierać wózek. Jak ma się mu pokazać? Jako nieudolny kaleka, który zobojętniał na dawny antagonizm czy raczej ciągle sprawny przeciwnik, który nie pozwoli mieszać w życiu swojej rodziny? Jechał z tym drugim zamiarem, ale która taktyka zadziała? Ostatecznie stchórzył. Zabrał wózek, bo bał się, że fizycznie tej konfrontacji nie wytrzyma.
             Pierwszy list od Dawida dostał dwa lata temu. Nie miał pojęcia, skąd miał adres, ani skąd wiedział, że żyje. Byli już stetryczałymi dziadami i prawdopodobieństwo, że obaj dożyją tak późnego wieku było niemal zerowe. A jednak tak się stało. Napisał, że chce przyjechać do Polski, do Łodzi, poznać Ewę i sprawdzić, czy rzeczywiście jest jego córką. Dostępne dzisiaj badania genetyczne mogą to potwierdzić. Ale pamięta, jaka była umowa, więc nie chce robić tego bez zgody jej prawdziwych, podkreślił – prawdziwych rodziców. Wściekłość zatruła umysł Jana na wiele miesięcy i co rusz odżywała, bo dostawał kolejne listy z prośbą o spotkanie. Potem pojawiły się telefony. Listy, dzięki cichej umowie z listonoszem, udało się ukryć przed rodziną, ale nad telefonami zapanować nie umiał. Po prostu ich nie odbierał. Niemal o zawał serca przyprawiały go sytuacje, kiedy słuchawkę podnosił ktoś z domowników. Ale Dawid nigdy nie zdradził kim jest, ani po co dzwoni. I za to był mu wdzięczny. Przedstawiał się jako znajomy z dawnych lat, co mogło wzbudzić podejrzenia, zważywszy, że wszyscy znajomi i przyjaciele Jana, z którymi utrzymywał kiedyś kontakty już odeszli. Na szczęście młodzi dzisiaj żyją szybko i nie zawracają sobie głowy takimi szczegółami.
             Ostatni list dostał przed dwoma tygodniami. Dawid miał przylecieć w ten piątek, do Centrum Dialogu jako jeden z Ocalałych. Ale przyleciał dzień wcześniej, jako ojciec Ewy Rojek z domu Malewskiej, a właściwie Chawy Grinbaum. Piątek o świcie i pomnik w Parku Ocalałych wyznaczył jako czas i miejsce spotkania. Bezwzględnie. Jeśli jego, Jana, tam nie będzie, przyjedzie do jego domu.
             Śpiesznie poruszał się wózkiem po alejkach. Załatwi to raz na zawsze. Na koniec życia wreszcie dokończy to, co powinien zrobić siedemdziesiąt i pięćdziesiąt lat wcześniej. Dobrze, że zdecydował się na wózek. To zmyli przeciwnika. Ma jeszcze dość siły, żeby poradzić sobie z drugim równie niezgrabnym starcem. Ba! Pewnie nawet więcej niż on, jest w końcu kilka lat młodszy. Nawet, jeśli będą chcieli go wsadzić do więzienia za morderstwo to i tak nie dożyje końca procesu. A Ewa będzie miała święty spokój. Pozostanie Polką, tak jak ją całe życie wychowywał. Jej dzieci i wnuki też pozostaną i będą Polakami. Tak będzie dla nich najlepiej. Najbezpieczniej.
             Park nie był duży, ale Jan nigdy wcześniej tam nie był. W szarości nadchodzącego dnia nie widział zbyt dobrze. Pierwszy pomnik, na który trafił stał na kopcu i przedstawiał jakiegoś siedzącego na ławce faceta. Aleja prowadząca od niego wyglądała na główną, więc ruszył w jej kierunku. W pewnej chwili zauważył tabliczki ułożone wzdłuż żwirowej ścieżki. Chaim, Rachela, Szmul, Rywka, Mojsze, Sara, Chawa… Nazwiska nic mu nie mówiły, ale te imiona. Ile razy słyszał je na swojej ulicy. Radosne okrzyki, gniewne nawoływania, zrzędliwe narzekania… Wózek zwolnił. Przed oczyma Jana Malewskiego pojawił się obraz dawnych dni. Dzieci bawiące się na ulicy, plotkujące przy płotach kobiety, mężczyźni częstujący się papierosem na drewnianej ławeczce, chłopcy biegający z fajerkami. Polscy, żydowscy i niemieccy sąsiedzi. Bardziej lub mniej zażyłe znajomości, czasem niechętni sobie, ale przecież ta niechęć wpisana była w ich sąsiedzkie relacje. Nie przekraczała pewnych granic. Aż w końcu pojawili się tacy, którzy bez pardonu zaczęli je przekraczać.  Obraz rozmył się, a zamiast niego na końcu alei zamajaczyła postać. Jan wolno podjechał do mężczyzny w tweedowej marynarce i kaszkiecie. Plecy miał nieco przygarbione, ale wciąż potężne. Ciemne oczy ukryte pod siwymi, gęstymi brwiami były nieco zamglone albo taki efekt dawały dosyć grube szkła w złotych delikatnych oprawkach. Dawid wsparty na lasce stał przodem do stawu wpatrzony w pomnik.
             – Nie wiedziałem, że jesteś inwalidą. Spotkalibyśmy się gdzieś, w bardziej przystępnym miejscu – Dawid odwrócił się w stronę Jana i wyciągnął rękę. – Witaj przyjacielu.
             Głos miał ciągle silny i posługiwał się zdumiewająco poprawną polszczyzną. Wyciągnięta dłoń drżała. Może z powodu chłodnego powietrza, może ze starości. Na pewno nie z emocji, jak ręka Jana, którą odwzajemnił powitanie.
             – Nie jestem twoim przyjacielem. Moja pamięć już nie jest taka jak kiedyś, ale to co trzeba pamiętam.
             – Wiem. Ja też nie mogę zapomnieć. Choć bardzo bym chciał. Wiesz… od kilku lat mam taki sen… Idę Okopową. Po obu stronach stoją hitlerowcy z karabinami. Wchodzę na wasze podwórko. Tam stoisz ty, taki mały, jak w czasie okupacji i trzymasz za rękę dwuletnią Ewę. Daję ci racucha, a wtedy podnosisz rękę z niemieckim rewolwerem i strzelasz jej w głowę. I w tym śnie czuję taką ulgę, że to nie ja do niej strzeliłem… Że to nie moja wina… – Dawid mówił spokojnie, choć nieco drżącym głosem. – Ale potem się budzę i wszystko wraca… Wór kamieni noszę całe życie na plecach…
             – Już niedługo. – Jan przerwał zniecierpliwiony. Nie zamierzał wysłuchiwać zwierzeń zbrodniarza. – Nie tak się umawialiśmy. Miałeś się więcej nie pojawiać w naszym życiu.
             – Taki miałem zamiar. Ale z czasem… Ostatnio, kiedy pojawił się ten sen… Musiałem się dowiedzieć, że u was wszystko w porządku. Widzisz Janek, ja i ty… już niewiele nam zostało. Ty możesz popatrzeć na swoje życie i powiedzieć sobie, że przeżyłeś je dobrze. Nigdy nie zrobiłeś nikomu nic złego. Wziąłeś na wychowanie obce dziecko, dziecko żydowskie i pokochałeś jak swoje. A ja? Jak myślisz, co widzę, kiedy patrzę na swoje życie? Trupy. Widzę trupy tych, których kochałem, a którzy zginęli, bo nie potrafiłem się nimi właściwie zaopiekować, trupy, tych, których zaprowadziłem do bydlęcego wagonu, trupy tych, których zabiłem, tymi rękami!
             Dawid wyciągnął w stronę Jana swoje starcze ręce. Laska upadła na ścieżkę. Stał teraz drżący, spod okularów wypłynęły łzy.
             – Ja się tego nigdy nie pozbędę Janek, nigdy. Myślę, że nawet po śmierci, a może wtedy jeszcze bardziej, będę miał przed oczami te trupy. Ale chcę, muszę wiedzieć, że zostawiam też po sobie coś dobrego.
             – I do tego są ci potrzebne badania genetyczne? Nie musisz ich robić. Zająłeś się Ewą, kiedy zabrakło jej matki. Pewnie mogłeś lepiej, ale… Ale my, ja i Basia, cieszyliśmy się całe życie, że wybrałeś właśnie ten sposób… To była ta dobra rzecz, którą zrobiłeś.
             – Nie wiem na pewno, czy to moja córka. To była przelotna znajomość…
             – Twoja.
             – Skąd to wiesz?
             – Bo każdego dnia od ponad pięćdziesięciu lat patrzę w jej oczy, które są twoimi, cholernie czarnymi oczami.
             – Jest podobna do mnie?
             – Nie całkiem. Ale oczy ma twoje.
             – Ale nie nienawidzisz jej? Bo wiem, że mnie nienawidzisz. – Dawid spojrzał niepewnie na Jana. – Janek? Czy ona ma dobre życie?
             – Za kogo ty mnie masz? Pewnie, że ma dobre. Miała…
             – Co chcesz powiedzieć?
             – Ostatnio Ewa…
             Jan usłyszał za sobą chrobot żwiru. Spojrzał na Dawida, który uniósł brwi w zdumieniu. Zanim zdążył odwrócić wózek, ten z impetem został pchnięty wprost na stojącego starca. Obaj mężczyźni znaleźli się w lodowatej wodzie, niezbyt głębokiej, ale pełnej szlamu i pożółkłej roślinności. Jan z trudem wydobywał się spod ciężkiego wózka. Obok równie mozolnie próbował wstać Dawid. Jemu pierwszemu się udało. Z właściwą sobie krzepą podniósł wózek i cisnął go do wody obok Jana. Spojrzał ku niebu i uśmiechnął się.
             – Są. Oni wszyscy tam są. – powiedział.
             Jan nie słuchał,  z trudem wracał na brzeg, gdzie w spazmach płaczu, skulony leżał napastnik. Choć nie widział twarzy, rozpoznał kurtkę i kolor włosów. W ręku zwinięty list od Dawida. Spojrzał w stronę stawu. Grinbaum leżał nieruchomo w płytkiej wodzie.

***

             Opowieść głównego podejrzanego, Jana Malewskiego, przeniosła wszystkich w odległe czasy. Ale dla Rafała Szulca była poszlaką, prawie dowodem bezpośrednim, w tak długo wyczekiwanej, sprawie o morderstwo. Z ciekawością obserwował reakcje słuchaczy. Przez twarz Filipa, wnuka Jana, przetaczało się zdumienie pomieszane ze złością, którą wyrażały zaciśnięte pięści. Asystent Szulc zastanawiał się wobec kogo jest skierowana. Miał wrażenie, że wobec dziadka, ale czemu? Tego nie wiedział. Marta, słuchała z uwagą i gdyby nie łzy, spływające niemal bez przerwy po jej twarzy, mógłby powiedzieć, że z fascynacją. Ale największą zagadką była Ewa Rojek. Jej twarz nie wyrażała niczego. Rafałowi wydawało się to nietypowe w sytuacji, gdy właśnie dowiedziała się, że jest córką żydowskiego policjanta, który strzelał w getcie do niewinnych dzieci, a którego kilka godzin temu zamordował jej przybrany ojciec. Mąż siedział obok niej strapiony, bo wyraźnie czuł odgradzającą go od żony ścianę. Cały ten obraz rodzinny sprawiał wrażenie, co najmniej dziwnego. Nie wszystkie reakcje pasowały do okoliczności.
             – Panie Malewski, powiedział pan swojemu zięciowi, że zabił pan Dawida Grinbauma. Ale z pana opowieści na razie nie dowiedzieliśmy się, jak to się stało. Spotkał się pan z nim dzisiaj w Parku i co? O czym rozmawialiście?
             – Pojechałem tam, żeby się wreszcie zemścić.
             – Za co chciał pan się zemścić?
             – Za Chawę. I za to, że przyjeżdża tu i chce zrujnować życie mojej córce.
             – I najechał pan na niego wózkiem inwalidzkim, tak? – Rafał powiedział to nieco ironicznie i zdawało się, że ten ton nieco wytrącił podejrzanego z równowagi.
             – Noo… tak… Pchnąłem ten wózek w niego i on wpadł z wózkiem do wody…
             – Ale wózek leżał w pewnej odległości od ciała, a zięć mówił, że wrócił pan cały mokry do domu, więc… Nie za bardzo rozumiem…
             – Bo jak on się przewrócił, to… wtedy jeszcze wszedłem do wody i… i… go kilka razy podtopiłem – ciągnął Jan Malewski.
             Na te słowa Ewa Rojek podeszła do ojca i ukucnęła przed nim.
             – Tato, już dobrze. Wszystko będzie dobrze. Daj już spokój. – powiedziała i odwróciła się do asystenta Szulca. – To ja pchnęłam wózek. Przeze mnie zginął Dawid Grinbaum.

***

             Filip szedł szpitalnym korytarzem po czarno-białych kaflach rodem z PRL-u. Zapukał do sali i nie czekając na zaproszenie uchylił drzwi. Dziadek spojrzał na niego i uniósł lekko dłoń na powitanie.
             – Cześć dziadek! Jak dzisiaj?
             Starzec kiwnął głową, co mogło znaczyć, że dobrze albo że niezupełnie. Patrzył na wnuka wyczekująco.
             – U mamy w porządku. Cały czas jest w szpitalu. Ma dobrą opiekę. Lekarz mówi, że będzie dobrze, ale to potrwa. Ma terapię, bierze leki… Ojciec jest u niej codziennie.
             – A sprawa? – Jan Malewski z trudem wydobył z siebie słowa.
             – Adwokat mówi, że jeśli w ogóle coś dostanie to w zawiasach. Ale jest duża szansa, że okoliczności zadziałają na jej korzyść. Grinbaum właściwie dostał zawał i to było przyczyną śmierci. Zresztą to samo mówi ten Szulc od prokuratora. Marta się z nim spotyka… Całkiem sympatyczny gość.
             Filip spojrzał na dziadka i przez chwilę przytrzymali się wzrokiem. Jan Malewski pierwszy odwrócił głowę.
             – Jak mogłeś mi to zrobić? Pozwoliłeś mi wierzyć… Przez cały czas wiedziałeś, że jestem…
             – Jesteś Polakiem – wydobyło się chrapliwie z ust starca.
             – Taak… Ale…
             W kieszeni zabrzęczała wiadomość messengera. Filip zerknął na telefon. Dziki.

                 Co jest z tobą? Chłopaki pytają.

             – Nic nie rozumiesz. Jak mam spojrzeć w oczy kumplom? Wśród nich czułem się silny, coś znaczyłem, szanowali mnie. A teraz? Co mam im powiedzieć? Że jestem parszywym Żydem?! – Głos Filipa załamał się. – Co mam z tym teraz zrobić?

                 Łapa wrócił.

             Jan Malewski patrzył za okno na przykryte śniegiem gałęzie drzew. Nie chciał, aby wnuk widział, że płacze. Ale Filip widział i wiedział, co teraz czuje jego dziadek.
             – Chodź dziadek, przejedziemy się na spacer. – Posadził staruszka na jego wózku i wyprowadził z sali. 
             Kiedy jechali korytarzem, Jan Malewski patrzył na czarno-białe płytki na podłodze. Czarne, białe, czarne, białe. Tak powinno być. Tylko czarne i białe. Tak byłoby łatwiej. Ale świat taki nie jest. Świat jest pełen szarości. Niestety. A może na szczęście.
             To samo pomyślał jego wnuk.

             Jesteśmy w klubie. Będziesz?

Łódź, 2018.