1939

Urodziłem się w Łodzi, na Bałutach. Mieszkaliśmy na Okopowej w starym, drewnianym domu. Rodzice, ja i moje trzy siostry. Na naszej ulicy wszystkie domy były drewniane. Wszystkie oprócz trzech. Niedaleko naszego stał niewielki, ale murowany dom, w którym mieszkała żydowska rodzina Grinbaumów. Stary ojciec, jego syn Machel z żoną Ruchlą oraz ich dzieci: trzej dorastający synowie i córka Rywka, która była w moim wieku. Stary Grinbaum był szewcem, ale nie prowadził warsztatu w domu, tylko wynajmował pomieszczenie na Nowomiejskiej, gdzie zachodzili bogaci łodzianie z Nowego Miasta. Teraz Machel przejął interes i od kilku już lat przyuczał do zawodu synów. Ale jeden z nich nie kwapił się do szewskiego fachu. Nie nosił chałata, ani mycki jak mężczyźni w jego rodzinie. Miał na imię Dawid. Był ode mnie kilka lat starszy i prowadzał się z chłopakami z klubu sportowego Bar Kochba. Tam podobno należał do sekcji bokserskiej i z tego powodu miał się za strasznego mocarza.
Przy Franciszkańskiej znajdował się drugi murowany dom, mocno już nadszarpnięty przez czas, ale ciągle zamieszkały przez Frakiewiczów. Frakiewiczowie mieli dwóch synów – bliźniaków. Ci, choć powinni już pracować, całymi dniami polegiwali na kanapie,
a wieczorami szlajali się po łódzkich lokalach w towarzystwie endeckiej młodzieży. Pani Frakiewicz przychodziła czasem do mojej matki
i obie bardzo źle mówiły o naszych żydowskich sąsiadach.
Od jakiegoś czasu pomiędzy Dawidem Grinbaumem a synami Frakiewiczów dochodziło do ostrych kłótni. Pamiętam jeden bardzo ciepły wieczór, niedługo przed wybuchem wojny. Niebo powoli ciemniało. Dorośli siedzieli w ogródkach przed domami, a dzieci bawiły się na ulicy. Nagle pojawiła się grupka biegnących w naszą stronę chłopaków. Szybko zeszliśmy im z drogi. Jeden z biegnących, Rysiek Frakiewicz, zatrzymał się przed domem Fajmanów, podniósł kamień i rzucił w okno z okrzykiem “Żydzi precz!”. W tym czasie na ulicę wpadło kilkunastu innych młodzieńców. Jeden z nich, a był to Dawid Grinbaum, dopadł sąsiada i bez kozery puścił Ryśkowi fangę w nos tak, że ten padł na ziemię zalany krwią. Frakiewiczowa, która plotkowała przez płot z moją matką pobiegła z krzykiem na ratunek. Pomogła wstać synowi, rzucając jednocześnie przekleństwa w stronę żydowskich chłopców. A moja matka wtórowała jej na całą ulicę:
– Wy żydziska podłe! Śmierduchy obrzydliwe!
Dawid wyrywał się jeszcze do bitki, ale zatrzymany przez braci, odpuścił. Patrzyłem na to widowisko tuląc do siebie, z jednej strony siostrę Anielkę, a z drugiej Chawę, córkę Fajmanów. Obie dziewczynki odruchowo przylgnęły do mnie, czując wiszące w powietrzu niebezpieczeństwo i choć sam się bałem, czułem się dumny, że widzą we mnie obrońcę. Po całym zajściu ludzie rozeszli się do domów, a ja odprowadziłem Chawę pod drzwi. Mimo, że mieszkała na przeciwko, ciągle była wystraszona.
Nazajutrz od rana szklarz Szmul Fajman wprawił nową szybę w swoim oknie. Nie była to pierwsza szyba tego roku. Fajmanowie mieszkali w drewnianym domu, podobnym do naszego. Mieli dwoje dzieci: Chawę, która często bawiła się z Anielką, i niemowlaka o imieniu Mojsze. Szmula całymi dniami nie było w domu, bo objeżdżał swoim wózkiem z szybami Bałuty i tak zarabiał na życie. Sara, jego żona zajmowała się gospodarstwem, a czasami za parę groszy plotła okolicznym pannom wymyślne warkocze. Chodziła też do niej moja starsza siostra Irka, ale tak, żeby matka nie wiedziała. Matka mówiła, że od Żydów to tylko wszy można przynieść. Zastanawiam się czasami, skąd brała się u niej ta nienawiść. Może doznała kiedyś jakiejś krzywdy od żydowskich sąsiadów, może po prostu zazdrościła takim Grinbaumom murowanego domu i tego, że zawsze mieli mięso na obiad. Może dlatego, że nie rozumiała ich mowy i kiedy śmiali się między sobą to myślała, że z niej i jej połatanych spódnic. Nie wiem. Ale tak mogło być.
Ojciec był inny. Żył ze wszystkimi dobrze i wszyscy go lubili. Czasami w sobotę upijał się ze starym Frakiewiczem, a innym razem pomagał Szmulowi wepchnąć w podwórko wózek z szybami. Mówił, że jak był chłopakiem to stary Grinbaum załatwił mu pracę w fabryce. Więc ojciec nie nienawidził i rugał matkę za te jej pokrzykiwania, ale ona nic sobie z tego nie robiła.
Na przeciwległym krańcu naszej ulicy, przy Marysińskiej, stał trzeci dom zbudowany z cegły, z białym tynkiem, otoczony niewielkim ogródkiem, w którym latem rosły malwy. Tam mieszkała frau Bertha Klimke, stara Niemka, u której matka sprzątała, a raz w tygodniu robiła jej zakupy na Bałuckim Rynku. Dostawała za to parę groszy, a czasami czekoladę dla dzieci. Pani Klimke była dla nas dobra i mama nie pozwalała powiedzieć o niej złego słowa. Kiedy wybuchła wojna i nie można było dostać chleba i ziemniaków pani Klimke wysyłała matkę ze specjalnym dokumentem do sklepu dla Niemców. Tam matka kupowała jeden bochenek dla starej Niemki i jeden dla nas. Potem mama często powtarzała, że dzięki frau Klimke przeżyliśmy wojnę.