2016


Prawie we wszystkich oknach bloku świeciły światła. W niektórych migały lampki choinkowe. Nieliczne tylko mieszkania pozostawały ciemne i ciche, opuszczone przez swoich właścicieli, którzy z blachami ciast i półmiskami wigilijnych potraw ruszyli na podbój Polski. Filipa cieszyła ta tradycja, chrześcijańska, narodowa. Czuł się z nią tak swojsko w swoim domu, w swojej Ojczyźnie. Stół wigilijny, choinka, rodzice i dziadkowie łamiący się opłatkiem – to obraz jego dzieciństwa. Nikt nie robił takich jabłek w cieście jak babcia Basia. A jej kutia! Dziś też będzie na stole, ale to już nie to samo. Matka, choć bardzo się stara, nie jest w stanie dorównać kulinarnie babci. Wie to on – Filip i wie to dziadek Janek. Ale nic nie mówią. Ojciec tylko wysila się i chwali matkę za jej kuchenne wyczyny, choć nawet ona wie, że żadna z niej Gesslerowa. Filip spojrzał niecierpliwie w okno na drugim piętrze. Za pół godziny musi być w domu. Wszyscy wiedzą, że nigdy nie przychodzi na czas, ale dzisiaj wigilia i matki imieniny. Nie chce jej denerwować, bo i tak ostatnio często się kłócą. Ojciec i ona nie rozumieją w ogóle współczesnego świata, ani młodych ludzi. Nie widzą, co się dzieje dookoła, nie widzą zagrożenia. Są lemingami jak duża część społeczeństwa. Ale to się zmienia. Dzisiaj młodzi mają inne, lepsze wartości, wyższe cele. Nie wystarczy żyć po prostu, tkwić w letargu. Trzeba walczyć! O lepszą Polskę, o naród! Bo inaczej nas zeżrą, ten cały Zachód, muzułmani, Żydzi, czarni i cała reszta tego ścierwa! On, Filip, zrozumiał to jakiś czas temu. Teraz poznał ludzi, którzy myśleli tak jak on.

Czekam zejdź na chwilę pliss

Wystukał szybko na smartfonie zgrabiałymi palcami. Stał tu od 20 minut. Co prawda nie było śniegu, jak zwykle na święta, ale za to mróz dopisał. Chciał się z nią zobaczyć. Musiał. To nic, że ona go nie chce. Nie widzieli się trzy miesiące. Może coś się zmieniło… Światło na drugim piętrze zgasło, a po chwili zapaliło się na klatce schodowej.
– Cześć – powiedział, kiedy tylko wyszła z klatki. Stanęła na chodniku i rozejrzała się.
– Filip? Gdzie jesteś?
– Cześć! – wyszedł z cienia i zbliżył się do Justyny. Była piękna, jak zawsze. Ciemne włosy okalały jej drobną twarz. Zauważył lekki makijaż i starannie umalowane paznokcie. Może to dla niego? „Są święta, głupku, każdy chce wyglądać ładnie” – strofował sam siebie.
– Cześć. Przepraszam, że czekałeś na tym mrozie… Co się stało? – zapytała, po czym spojrzała na pakunek w jego ręku. Na czole pojawiła się zmarszczka, która nie wróżyła nic dobrego.
– Nie wierzę! Naprawdę?! Czy do ciebie nic nie dotarło? Co to w ogóle ma być? Wyciągasz mnie z domu w wigilię jakimś marnym podstępem i teraz machasz prezentem przed nosem? Nie! – odwróciła się i ruszyła w stronę domu.
– Justyna… posłuchaj…
– Nic od ciebie nie wezmę! Zostaw mnie!
– Justyna! Stój! – złapał ją za rękę najdelikatniej jak potrafił i z największą dozą miłości jaką miał w sobie. Zadziałało. – Okej… teraz pozwól mi coś powiedzieć… Dwa zdania…
W jej spojrzeniu nadal widział złość, ale oddech powoli uspokajał się.
– Masz rację. Podstęp był marny, z moją mamą wszystko w porządku. Zdrowa i wkurza jak zawsze. Ale!… – podniósł głos, żeby uprzedzić nowy atak ze strony dziewczyny. – Ale wiesz, tak dobrze jak ja, że inaczej nigdy byś się ze mną nie spotkała.
Odwróciła wzrok. Tak, oboje to wiedzieli.
– Ja… Miałem dużo czasu na przemyślenia i chyba… rozumiem… co miałaś na myśli. Wtedy, w wakacje.
– Czyżby? To co tu robisz?
– Wiem, że chcesz skończyć studia, że za wcześnie na zakładanie rodziny. Wygłupiłem się wtedy, bo chciałem cię zatrzymać. Nie chciałem, żebyś wyjechała do Krakowa. Myślałem…
– Co myślałeś?! Że wizja szybkiego zamążpójścia i pieluch przebije studia medyczne?! W jakim ty świecie żyjesz? Ale wiesz co? Nie to jest najgorsze w tym wszystkim. Ja też miałam czas na „przemyślenia”. – Filip zauważył ze zdumieniem, że zmarszczka na czole Justyny wygładziła się. W głosie wyczuł mniej emocji. Zaczął bać się tego co usłyszy. – I doszłam do wniosku, że wszystkie te twoje deklaracje o wielkiej miłości do mnie to bzdury. Postawiłeś mnie pod ścianą i kazałeś wybierać między tobą a… Najważniejsze są twoje potrzeby, chcesz, żebym była twoja jak… jak… samochód… jak… dom…
W ciszy, która zapadła powoli z ciemnego nieba opadł malutki płatek śniegu. Za nim następny, i następny. Każdy odważniejszy od poprzednika. Justyna powiodła po niebie szklistym wzrokiem i dokończyła cicho:
– A moje potrzeby nie liczą się…? To, że chcę studiować jest nie ważne? To, że chcę wyrwać się z Łodzi jest nie ważne? Kazałeś mi wybrać między tobą a mną samą. Filip… to nie jest miłość. To jest zwykły egoizm.
Śnieg powoli przykrywał samochody i chodniki. Chciał powiedzieć, że to nieprawda, że nic nie wie o nim i jego uczuciach. Chciał jej to wykrzyczeć, potrząsnąć nią tak, żeby wreszcie zrozumiała, pogodziła się z tym, że tylko ją kocha, że on należy do niej, a ona powinna należeć do niego. Cofnął się o krok i z wściekłością rzucił prezentem w stronę śmietnika.
– Filip? – spojrzała zdumiona.
– Już nic nie mów – odwrócił się i pobiegł w kierunku domu.
Płatki śniegu zmieszały się ze łzami.

***

Rada ciągnęła się w nieskończoność. Nauczyciele prowadzili jałową dyskusję o niereformowalnych dzieciach mających niereformowalnych rodziców, zastanawiając się jak ich zreformować. Ewa od kilku lat nie uczestniczyła w tych dywagacjach, choć nadal zależało jej na uczniach. Wiedziała już, że z tych rozmów nic nie wynika, a połowa dyskutantów na czele z zarozumiałym dyrektorkiem, nie ruszy palcem, żeby pomóc dzieciakom. Już dawno przestała się dziwić, że niektóre koleżanki na minutę przed dzwonkiem ostatniej lekcji są w blokach startowych, bo „autobus im odjedzie”. Minęło też zdumienie, kiedy okazało się, że nowy dyrektor całą parę puszcza w remonty ścian i podłóg szkolnych, przy których potem ochoczo fotografuje się z naczelnikiem wydziału edukacji, w głębokim poważaniu mając dydaktykę i jakość nauczania. Stary pierdziel przyniesiony w teczce nie miał pojęcia, co w szkole jest najważniejsze.
Na szczęście miała Aśkę. Ustaliły, że bez względu na dyrektorskie priorytety będą trzymały poziom i zamkną swoje niewyparzone jadaczki, wierząc w starą prawdę, że dyrektorem się bywa, a człowiekiem jest. Dla Ewy przyjaciółka była oparciem w szarej codzienności. Zawsze mogła się jej wygadać i wypłakać. Nie potrafiła udzielać rad i nigdy tego nie robiła, ale słuchała i to było najważniejsze. Dla równowagi Ewa zawsze wspierała najbardziej zwariowane pomysły Aśki, a ta miała ich co niemiara. I chociaż czasami ciężko było się zebrać do dodatkowej pracy po godzinach, to dawała się wciągnąć w wir wydarzeń i nigdy tego nie żałowała.
Joanna była dobrym nauczycielem. To z jej lekcji Marta wychodziła jak zaczarowana i opowiadała w domu z wypiekami na twarzy, co dzisiaj było na historii. Kiedyś Aśka z entuzjazmem nastolatki oznajmiła, że będzie prowadzić kółko o kulturze i historii Żydów. Marta od razu zapisała się na zajęcia. Ewa westchnęła tylko z politowaniem, ale cieszyła się z aktywności córki. Wiedziała, że zainteresowanie historią mała zawdzięcza swej babci Basi, która przez wiele lat snuła opowieść o czasach okupacji. Nie podzielała tych zainteresowań. Uważała, tak samo zresztą jak jej ojciec, że to były zbyt straszne lata, aby ciągle do nich wracać. Ale była też przekonana, że młodzi ludzie powinni wiedzieć jak było. Dlatego pomysł kółka spodobał jej się i wtrącała do niego niekiedy swoje polonistyczne „trzy grosze”.
Jedną z wielu zalet Aśki było nieprzeciętne poczucie humoru. Potrafiła rozbawić Ewę w każdej sytuacji, a nie było lepszej niż nudnawe posiedzenia rady pedagogicznej. Dyrektor właśnie zaczął przedstawiać arkusz organizacyjny na następny rok w Szkole Podstawowej „imieniem” Jana Brzechwy. Ten błąd językowy powtórzony wielokrotnie stał się symbolem dyrektorskiej ignorancji.
– Jak Państwo wiecie wydział edukacji dba bardzo o rozwój naszej szkoły. Budynek został ocieplony i wyremontowany, co kosztowało ponad 800 tysięcy złotych. Szkoła to dla samorządu ogromne obciążenie finansowe, rozumiecie Państwo… działa tu syndrom krótkiej kołdry… jak się pokryje z jednej strony… to zabraknie z drugiej… – wyraźnie pobudzony dyrektor, zaczął gadać dość śpiesznie, jakby bał się, że ktoś przed nim zdradzi, posłyszaną dopiero co sensację.
Aśka nie mogła się powstrzymać i szepnęła do przyjaciółki:
– Co on może wiedzieć o kołdrze i pokrywaniu…? – parsknięcie Ewki spotkało się z karcącym wzrokiem wuefistki Bożenki, przydupaski dyrektora, która pewnie mogłaby udzielić Aśce wyczerpującej odpowiedzi na to pytanie. Dyrektor, widząc to rozbawienie, ku zaskoczeniu wszystkich, zareagował uśmiechem.
– W związku z tym konieczne będą pewne cięcia… yyy… znaczy redukcja… sami Państwo rozumiecie…
Zamilkły ściszone rozmowy, uśmiech zamarł na twarzy Ewy. Jak to redukcja? Od września przychodzą siódme klasy, godzin będzie więcej, wręcz trzeba będzie zatrudnić nauczycieli. O czym on mówi?!
– Jak Państwo wiecie musimy przyjąć nauczycieli z gimnazjum, którzy często mają uprawnienia do nauczania wielu przedmiotów. To sprawia, że z powodu oszczędności, może zabraknąć pracy dla tych, którzy nie są tak… he he… jakby to nazwać… wielofunkcyjni… he he…
Zmieszanie w głosie dyrektora Ewa oceniła jako pozorne. Zrozumiała, że likwidację gimnazjów chce wykorzystać, aby pozbyć się niewygodnych nauczycieli. Czy chodzi o nią? Jest tylko polonistką. Tylko. Aśka oprócz historii, ma jeszcze wos. Ale ona? Nagle zrobiła coś, czego sama się nie spodziewała.
– Ale według jakiego klucza? – spytała dobitnie.
– Słucham? – zaskoczenie dyrektora było równie duże.
– Pytam, jakie będą kryteria? Zamierza pan zwalniać dobrych, sprawdzonych nauczycieli, żeby zatrudnić innych, tylko dlatego, że są jak roboty kuchenne – wielofunkcyjni? Doskonale pan wie, że jak ktoś robi wiele rzeczy to tak naprawdę żadnej dobrze. Chyba przede wszystkim powinno nam zależeć na jakości, czy tak? – spojrzała na koleżanki i kolegów. Każdy błądził gdzieś wzrokiem, niektórzy przerażeni skulili się w sobie. Brak wsparcia – to był zwykle jedyny towarzysz takich wystąpień na radzie. Teraz poczuła jak Aśka zaciska dłoń na jej kolanie próbując zatrzymać ten potok słów. Bezskutecznie.
– Oczywiście konieczne jest zatrudnienie nauczycieli gimnazjów, ale nie kosztem nas samych – kontynuowała. – Panie dyrektorze, kogo pan miał na myśli? Z czyjej pracy jest pan tak bardzo niezadowolony, że postanowił go pan zwolnić?
Ewa sama mogłaby wymienić kilka nazwisk, ale ci akurat byli „wielofunkcyjni”. Chciała jednak usłyszeć tu i teraz, czy chodzi o nią.
– Pani Ewo, proszę się uspokoić. Pani akurat nie musi czuć się zagrożona. – Dyrektor obdarzył ją szerokim uśmiechem. – Wręcz przeciwnie, ale o tym porozmawiamy na osobności…
Teraz czuła, że wzrok wszystkich spoczął na niej, ale bała się go odwzajemnić. Co zobaczy? Pogardę? Złość? Zazdrość? Spojrzała na Aśkę. Zobaczyła przerażenie.

***

Jak zaraza zbliża się,
czarne afrykańskie ścierwo.
Wciąż rozrasta się jak chwast,
niszczy kraj rozbija jedność.

To tu biały kraj,
ziemia krwią zlana od stuleci.
Tu kolor skóry znaczy wszystko,
to co jest od wieków.

Osiemdziesiątki ryczały z kątów niskiego, piwnicznego pomieszczenia wśród dymu papierosów i zioła. Na dużym, niskim stole, między puszkami z piwem leżały sterty nalepek, plakatów, kilka puszek czarnej farby i spraye. Ściany, dawno niemalowane, gdzieniegdzie świeciły dziurami po opadniętym tynku, pod sufitem widoczne były stare pajęczyny. Te niedociągnięcia dosyć nieudolnie próbowano zasłonić biało-czerwono-czarnymi flagami z celtyckimi krzyżami, swastykami i pismem gotyckim. Wśród nich królował baner ŁKS-u. Jedna ściana wyglądała na odnowioną i przedstawiała graffiti, na którym obok symbolu Polski Walczącej odtworzona została scena ze znanego zdjęcia powstańców warszawskich. Nad całością widniały napisy: „Krew i Honor” oraz „Wilki Białej Łodzi”. Po przeciwnej stronie na przywleczonej, nie wiadomo skąd, komodzie stał oparty o ścianę niewielki portret Hitlera w czarnej jak sadza ramie, w otoczeniu palących się świec. Obok chwiał się manekin ubrany w jasnobrązową koszulę z czarnym krawatem. Umieszczona na jego ramieniu zielona opaska z falangą współgrała kolorystycznie z porzuconymi w kącie flagami. Całość tworzyła nastrój dosyć ponury, ale wzniosły, wyczuwało się atmosferę buntu i walki.
Wokół na miękkich, ale mocno podniszczonych sofach siedziało kilku dobrze zbudowanych chłopaków. Rozmawiali o ostatniej ustawce z widzewiakami, która niestety nie udała się, bo ktoś rzucił cyngla psom. Filip widział w nich siłę. Nie tylko fizyczną w postaci mięśni wypracowanych na siłowniach, ale przede wszystkim tę siłę ducha, której on do tej pory nie mógł w sobie odnaleźć. Teraz to się zmieni. Już się zmienia. Ogolił głowę, kupił czarne wojskowe buty. Dziki powiedział, że w Klubie jest parę bezpańskich koszulek, będzie mógł sobie jedną wybrać. Radek Dzikowski to kolega z piłki, grali razem za gówniarza w ŁKS-ie. Potem spotkali się w liceum. To on zabrał Filipa na koncert Konkwisty, zaraz po tym jak pokłócił się pierwszy raz z Justyną. Pogadali trochę przy piwie. Szybko okazało się, że Dziki to chodząca encyklopedia historyczna. O wojnie wiedział więcej niż dziadkowie, którzy ją przeżyli. Filip słuchał zawsze z zaciekawieniem opowieści babci o Niemcach, o partyzantach, o komunistach, którzy pradziadka Edka doprowadzili do bankructwa. I ani słowa o Żydach. Słyszał co nieco od siostry, która zgłupiała na ich punkcie, ale tak naprawdę nigdy go to nie obchodziło.
– Mówię ci stary, cały ten Holocaust to jedna wielka ściema. – perorował Dziki, kiedy byli już po kilku piwach. – Faktycznie Hitler prawie wytępił Żydów, ale tylko ich biedniejszą część. Pozwolili na to ci bogole, a prawie na pewno sami do tego doprowadzili. Bo dlaczego amerykańscy Żydzi nic nie zrobili kiedy naziści tępili Żydów europejskich? Bo chcieli się ich pozbyć. I to oni od czasów wojny opanowują światowe rynki i rządy. Mówię ci… to zaraza. I my musimy się temu przeciwstawić… Biała Siła! – Zerwał się ze stołka barowego i prawie udałoby mu się zrobić sigh heil, ale zachwiał się i poleciał na przechodzącą kelnerkę. Wracając do domu Filip zastanawiał się nad tym wszystkim, a potem zaczął szukać w internecie. Teraz siedział tu, wśród swoich rówieśników, dwudziestokilkulatków, którzy tak jak on rozumieli, czym jest Polska i dlaczego należy o nią walczyć.
Klub właściwie nie był prawdziwym klubem. To raczej przystosowana do spotkań piwnica w starej kamienicy na Polesiu, dosyć obszerna, należała do babci Łapy. Łapa ciągle chodził pokiereszowany, miał już na koncie jakieś paragrafy. Ale był z niego w porządku gość. Opiekował się babcią, pomagał kolegom. Pokazał Filipowi siłownię, do której chodziło Towarzystwo. Oprócz niego w Klubie siedzieli Śliwa, Bruce, Maryśka, Kojot, Dziki i dwóch nowych, których Filip wcześniej nie widział. Były też dwie dziewczyny Samanta i Julka, obie nie w jego typie. Tipsy i rybie usta to zdecydowanie nie jego typ. Ubrania zgromadzonych prześcigały się w ilości i atrakcyjności patriotycznych symboli i emblematów. „Jesteśmy prawdziwymi Polakami” – pomyślał z dumą Filip i zatrzymał wzrok na portrecie stojącym na komodzie. Coś zgrzytnęło. Nie, to nie chodzi o zdjęcia i symbole. To jest coś więcej. Siła, duma, patriotyzm. Filip widział prymitywizm kolegów i nie chodziło o kurwy rzucane co drugie słowo. Żyli kibolskimi rozrywkami, szukali po mieście okazji, żeby komuś obić mordę, najchętniej komuś z Widzewa. I to było głównym przedmiotem ich rozmów, w których wolał nie uczestniczyć. Ale to też nie było najważniejsze. Podobało mu się, że na hasło Ojczyzna prężyli się jak struny. Że dla nich nie było żadnego „ale”. Polska to ma być Polska, a nie jakieś pedalskie multikulti.
Nikt nie usłyszał kiedy do Klubu wszedł wysoki facet w marynarce, szarej koszuli i z torbą na laptopa. Kiedy stanął przy stoliku umilkły rozmowy. Łapa ściszył muzykę.
– No witam! – Dziki wstał i podszedł do gościa. – Co jest, kurwa, Misiek? Ile mamy czekać? – przyciągnął Miśka za wyciągniętą rękę i zrobił z nim rzeczywistego „miśka”.
– Cześć stary! No tak zeszło mi jakoś… ale dobra. Teraz jestem, zacznijmy. – Gość rozsiadł się na sofie i spojrzał wyczekująco na Dzikiego.
– A! No. To ten… To jest Misiek… znaczy Michał Wichnicz z Białegostoku. Jest z Obozu Narodowego… – Radek jąkał się jak na fizyce w liceum.
– Ruchu – przerwał Misiek.
– Co?
– Ruchu Narodowego.
– Kurwa… dobra… co za różnica?!
– Dziki, dla ciebie może żadna. Ale to się zmieni. – Michał z uśmiechem wycelował w Dzikiego palcem, a ten przewrócił oczami. – To może ja zacznę. Panowie! I Panie… – tym razem obdarzył uśmiechem dziewczyny, które ochoczo go odwzajemniły. – Przyjechałem z Białegostoku, bo tu u was, w czerwonej Łodzi źle się dzieje…
Jeżeli można było powiedzieć, że do tej pory była cisza, to w tym momencie zapadły się gdzieś dźwięki z całej kamienicy i zapanowała cisza absolutna.
– Co to znaczy „czerwonej”? – zapytał ponuro Kojot. A Śliwa i Bruce zaczęli nerwowo potrząsać nogami. Filip spodziewał się, że Michał straci pewność siebie, zacznie się plątać i odwoływać swoje słowa. On by tak zrobił. Ale tamten przebiegł wzrokiem po zebranych i podjął wątek:
– Czerwonej, bo Łódź zawsze była lewacka i tak jest postrzegana w kraju. Wyniki wszystkich dotychczasowych wyborów o tym świadczą. Dlatego właśnie tu jestem, żeby to zmienić. I wy tu jesteście po to, żeby to zmienić. Nie ma się co oburzać i denerwować tylko trzeba wziąć się do roboty. Myślicie, że kilka napisów na murach, z których połowa to błoto rzucone na Widzew, coś znaczy? No nie, moi panowie, nikt tego nie widzi. W telewizji, jeśli w ogóle mówi się o Łodzi, to tylko o waszych kibolskich wybrykach. Słyszeliście o naszych akcjach w białostockiem? No właśnie. Cała Polska o tym słyszała, a u was co? Cisza!
Chłopaki popatrzyli jeden na drugiego, trochę jakby niepewnie.
– Mamy Orle Gniazdo w Kępie. Zjeżdżają tam wszyscy patriotyczni i dużo nowych, są koncerty, spotkania i takie tam… – Dziki nieśmiało próbował bronić łódzkich narodowców, co wywołało wyraźną ulgę na twarzach zebranych.
– Tak, tak. I to jest super. Ale, bądźmy szczerzy, kto o tym wie? Panowie, chodzi o to, że w społeczeństwie jest mnóstwo ludzi myślących tak jak my, tylko brak im odwagi, bo myślą, że są sami. I wy musicie im pokazać, że nie są…
– To prawda. Jestem tego przykładem. Akurat miałem farta, bo znam Dzikiego i przez niego tu trafiłem, ale to był przypadek. Normalni ludzie nie wiedzą, kim jesteśmy i co robimy. – Filip postanowił wesprzeć Michała, bo chyba zaczął rozumieć o co mu chodzi.
– Dokładnie tak! Musicie zmienić formę działania. Ja nie mówię, że macie zrezygnować ze wspierania ŁKS-u, ale potrzebne są takie ruchy, które pokażą wartości narodowe, które wyznajecie. Pokażą was jako prawdziwych Polaków, a nie tylko kibiców. To przyciągnie niezdecydowanych. Materiały, które tu macie to prezent od Ruchu Narodowego. – Michał wskazał rzeczy rozłożone na stoliku – Na początek, na tak zwany rozruch… – uśmiechnął się do słuchających. – Musicie jednak zebrać się i zorganizować coś większego, bardziej spektakularnego, coś, co zobaczy cała Polska.
Ostatnie słowa wywołały ożywienie i dyskusję o tym, co można zrobić, żeby pokazać Łódź nie-czerwoną, tylko narodową. Niektóre pomysły wprawiały Filipa w osłupienie i próbował studzić entuzjazm kolegów. Jak ten o podpaleniu akademika dla cudzoziemców albo o wysadzeniu synagogi. Wszyscy zastanawiali się, czy w Łodzi jest w ogóle jakaś synagoga. Na wszelki wypadek Filip nie zdradzał, że może się dowiedzieć od siostry. Na razie stanęło na zorganizowaniu kilku wypadów na cmentarz żydowski i udziale w Marszu Niepodległości w Warszawie. Obowiązkowo z wielkim transparentem „Łódź Narodowa”. Chłopaki koniecznie chcieli, żeby napis brzmiał: „Łódź Brunatna” dla kontrastu z czerwoną, ale guru z Białegostoku orzekł, że to zbyt wyzywające i mimo sprzyjających okoliczności politycznych, może jednak ściągnąć kłopoty. Zrobiło się późno i Michał zbierał się do wyjścia. Miał do przejechania kawał drogi. Filip z Dzikim odprowadzili go na parking.
– Dzięki stary, że pomagasz. Te plakaty i tak dalej… Podziękuj chłopakom… Naprawdę… szacun dla was. – Dziki podał rękę Michałowi i poklepał go po plecach.
– Nie o was tu chodzi, tylko o Polskę, o naród. Będę wpadał czasami na kontrolę… he he…
– Ciekawe rzeczy mówiłeś dzisiaj – Filip zwrócił się do Michała ściskając jego rękę. – Chętnie pogadałbym…
– W której części Łodzi mieszkasz? Jak mam po drodze mogę cię podwieźć. Też mam z tobą do pogadania – Michał mrugnął porozumiewawczo.
– Ale się zwąchaliście! Wiedziałem, że tak będzie! – Dziki zaśmiał się głośno – Ten nasz fajfus też taki delikates, jak i ty Misiek. Mieszka na Radogoszczu, do A2 przebijesz się przez Zgierz, o tej porze nie będzie tłoku. To widzimy się!
– Nara!