1940

Myślę, że wojnę przeżyliśmy dzięki zwykłemu szczęściu. Na przykład naszym szczęściem było to, że byliśmy Polakami, a nie Żydami. Zdarzyło się jednak kiedyś, że los wszystkich rodzin z naszej ulicy wydawał się jednakowo podły. To było chyba w styczniu 1940 roku. Był straszny mróz, więc wcale nie wychodziliśmy z domu. Choć już prawie nie mieliśmy czym palić w piecu to jednak siedząc pod pierzyną
z moimi trzema siostrami czułem ciepło. Pewnego dnia rano, kiedy było jeszcze ciemno, obudził nas warkot samochodów i motorów. Za chwilę drzwi zadudniły i ktoś zawołał po niemiecku:
– Otwierać, otwierać!
Ojciec wyskoczył z pościeli jak oparzony i rzucił do nas:
– Wysiedlają!
Otworzył drzwi. Do izby wszedł Niemiec i powiedział, że mamy spakować tylko najpotrzebniejsze rzeczy, wyjść na ulicę, przed dom
i czekać. Matka próbowała coś tłumaczyć, że ona pracuje u frau Klimke, że jest jej potrzebna, ale Niemca już nie było. Ojciec od jakiegoś czasu przynosił z miasta wieści o wysiedleniach, ale myśleliśmy, że chodzi tylko o dzielnice z bogatymi willami lub nowe osiedla, takie jak na Polesiu. No i wiadomo było, że przesiedlają Żydów z Nowego Miasta na Bałuty. Niemcy mówili, że to ma być ich dzielnica.
Matka rozedrgana ubierała Anielę we wszystkie ubrania, które mała miała. Pozostałym dzieciom kazała robić to samo. Kiedy wreszcie wyszliśmy z tobołami przed dom, okazało się, że większość rodzin już tam jest. Rozwidniało się. Staliśmy tak i patrzyliśmy na stojących po drugiej stronie ulicy Fajmanów. Opatuleni tak samo jak my, stali blisko siebie. Chawa, kiedy zobaczyła Anielkę szybko ulepiła kulkę ze śniegu i rzuciła w naszą stronę. Dziewczynki zaśmiały się, ale za chwilę stanął między nimi niemiecki żandarm. Złapałem młodsze siostry za ręce i przyciągnąłem do siebie. Staliśmy tak przez dwie godziny i już prawie nie czułem stóp. Miałem buty o dwa numery za duże wypchane w środku gazetą i dwie pary skarpet, ale na takim mrozie na niewiele się to zdało. Dzieci zaczynały płakać i marudzić.
W końcu kazali nam ustawić się w dwóch szeregach, po jednej i drugiej stronie i iść na skrzyżowanie z ulicą Franciszkańską. Tam stał już spory tłum ludzi z sąsiednich ulic. Niemcy zaczęli nam rozdawać małe drewniane tabliczki na sznurku z jakimś napisem, które kazali zawieszać na szyi. Staliśmy zbici w zwartą grupę, my i nasi sąsiedzi. Tak było trochę cieplej. Czekaliśmy. Niemcy przestali już zwracać uwagę na dzieci, więc ganialiśmy dla rozgrzewki wokół rodziców. Żołnierze też marzli, więc czasami tracili cierpliwość. Tak było kiedy Karolek, syn Nowaków, wpadł na jednego z nich i o mało nie przewrócił. Niemiec odwrócił się i kopnął go w brzuch. Mały z płaczem uciekł do matki. Odechciało nam się biegać i każdy wrócił do swoich rodziców.
Nagle zrobił się ruch i Niemcy kazali grupie Żydów wsiadać do stojących nieopodal ciężarówek. Zrobiło się nerwowo. Dzieci zaczęły płakać, dorośli pokrzykiwali, wołali jeden drugiego. Moja matka podbiegła do oficera, zaczęła lamentować i mówić coś łamanym niemieckim. Tamten spojrzał najpierw zdziwiony, a potem odezwał się do stojącego obok żołnierza pokazując na matkę. Obaj zaczęli się śmiać. Mama krzyczała:
– Nein Juden! Nein Juden! – i wskazywała na nas.
Ojciec stał oszołomiony. Chyba nie wiedział, co robić. Myślę, że bał się o matkę, ale też miał nadzieję, że powiedzie się jej desperacka próba uratowania nas przed wywózką. Mama zaczęła całować ręce oficera, ale ten ze wstrętem odepchnął ją, tak, że upadła na zaspę, a długa spódnica zawinęła jej się na głowę. Od strony Grinbaumów zabrzmiał szyderczy śmiech i głos Dawida: „Nein Juden! Nein Juden!”. Wtedy po raz pierwszy poczułem nienawiść do tego żydowskiego chłopca.
Pomogliśmy mamie wstać i wróciliśmy do swojego szeregu. Jeden samochód był już pełen ludzi, kiedy od strony miasta nadjechał na motorze niemiecki żandarm. Zasalutował przed oficerem i podał mu jakiś papier. Ten przeczytał, po czym przywołał dwóch żołnierzy, którzy po chwili podeszli do tłumu i krzyknęli coś po niemiecku. Ludzie nie rozumieli, ale po chwili ktoś przetłumaczył. Mogliśmy wrócić do domów.