2017

– Pani Ewo, chciałbym porozmawiać o pani wystąpieniu na radzie semestralnej i o… zadaniach na następny rok szkolny… – dyrektor wezwał ją do siebie na przerwie, kiedy miała dyżur. Nie lubiła takich sytuacji, musiała prosić kogoś o zastępstwo, a wiadomo jak nauczyciele reagują na słowo „dyżur”. Jego to oczywiście nie obchodziło, natomiast bez mrugnięcia okiem postawiłby ją przed dyscyplinarką, gdyby któryś dzieciak w tym momencie wypadł przez okno na korytarzu.
Emocje już opadły. W dużej mierze dzięki rozmowie z Aśką, której przerażenie utrzymało się na radzie do momentu, kiedy usłyszała, że nadal będzie mogła cieszyć się połową etatu. Okazało się też, że od września nie będzie „żydowskiego” kółka, bo jak wyraził się dyrektor „to nie są czasy na takie głupoty” i, że Aśka mogłaby zrobić jeszcze jakieś studia podyplomowe, może plastykę, bo jest za mało „ekonomiczna”. To na nowo wzburzyło Ewę, ale upominana przez koleżankę, nie odważyła się znowu odezwać.
Teraz osiągnęła spokój i znowu potrafiła ukryć niechęć wobec dyrektora pod maską serdeczności.
– Widzi pani… Wydawało mi się, że do tej pory dobrze się dogadywaliśmy. Jest pani dobrym, sumiennym nauczycielem i dydaktykiem, ale to ostatnie zachowanie… Ja rozumiem, oczywiście pani wzburzenie, są w gronie nauczyciele, z którymi współpracuje pani od lat, ale… pani musi myśleć o sobie…
– Tak się nie robi. – Ewa tłumiła wzbierającą złość. – Nie wyrzuca się dobrego nauczyciela tylko dlatego, żeby zatrudnić innego.
– Oczywiście, oczywiście. W zupełności się z panią zgadzam, ale widzi pani, teraz są inne czasy… idzie nowe… he he. Potrzebujemy ludzi… no… wiernych, rozumie pani…? Gdyby miała pani do wyboru z jednej strony nauczyciela, którego lojalności może być pani pewna, a z drugiej może i dobrego nauczyciela, ale krytykującego pani decyzje, to którego by pani wybrała? Hę?
Ewa czuła, że robi jej się niedobrze. Obiad zjedzony na poprzedniej przerwie z uporem wyrywał się w drogę powrotną. Milczała, nie zastanawiając się nad odpowiedzią, ale nad tym, w której kategorii mieści się ona sama. Zawsze pokornie wypełniała polecenia, w zaciszu własnego umysłu wieszając psy na przełożonym. Była idealnym egzemplarzem: pracowita i grzeczna. Oczywiście miała krytyczne uwagi, ale zazwyczaj zachowywała je dla siebie. Ten ostatni występ był reakcją obronną. Wpadła w panikę, że straci pracę.
– No właśnie – dyrektor widocznie wyczytał coś z jej milczenia. – Wydaje mi się, że wbrew pozorom, pani Ewo, wiele nas łączy. Tak jak pani, uważam, że powinniśmy zadbać o jakość nauczania w naszej placówce. Ale dlaczego nie mielibyśmy połączyć jednego z drugim… to jest… jakości z lojalnością… hę?
Znowu ten fałszywy uśmiech.
– Ja, jak pani wie, nie jestem zbyt dobry, w tym całym… pedagogicznym… dydaktycznym… obszarze. Potrzebowałbym kogoś, kto mi to ogarnie i zrobi to dobrze. Tylko pani w naszym gronie ma uprawnienia do zarządzania szkołą. A teraz będą siódme klasy… będzie tego wszystkiego dużo… potrzebuję wicedyrektora… – spojrzał na nią badawczym wzrokiem. – Pani Ewo, ma pani w sobie ogromny potencjał i szkoda byłoby go zmarnować… ale muszę wiedzieć, po której jest pani stronie…
Siedziała wpatrzona w przybornik na dyrektorskim biurku. Był tam tylko jeden długopis. Jeden. Ona nosiła kilka długopisów w każdej torebce, co najmniej jeden czerwony. Zawsze gotowa, żeby coś zanotować, sprawdzić, podkreślić, zaznaczyć. A on, dyrektor szkoły, miał jeden. Dzwonek na lekcję wyrwał Ewę z otępienia. Spojrzała na dyrektora:
– Przepraszam, mam lekcję, muszę…
– Tak, tak oczywiście. Proszę zastanowić się nad moją propozycją. Ja, rzecz jasna, mam inne możliwości… – uśmiech nie schodził z jego twarzy, a oczy nabrały niepokojąco przebiegłego wyrazu.

***

– Matka! Idę na studia! – Filip wpadł do kuchni głodny jak wilk. – Co jest do jedzenia?
Złapał najmniejszego kotleta z półmiska i na raz wcisnął do ust. Ewa chciała dać mu po łapach, ale ręka zatrzymała się nagle jak sparaliżowana.
– Co ty robisz?! – zapytała.
– Jem. Głodny jestem.
– Nie o to pytam! Ty? Na studia? O czym ty mówisz? – Od razu poczuła wyrzuty sumienia za ten brak wiary we własne dziecko, ale w ostatnich latach syn przysporzył jej jedynie rozczarowań.
Zaczęło się od wagarów w ostatniej klasie liceum. Filip wybierał sobie przedmioty, na które chodził. Należały do nich głównie te humanistyczne. Matematykę omijał z daleka, fizyka znalazła się w sferze zainteresowań tylko dlatego, że nauczycielka prowadziła naprawdę ciekawe lekcje. Na chemii pojawiał się sporadycznie, ale pani miała do niego słabość. Niemieckiego nienawidził od zawsze, więc Ewa już w gimnazjum załatwiła mu opinię i został zwolniony z drugiego języka. Ostatecznie udało mu się skończyć szkołę, nawet dopuścili go do matury, ale ta okazała się nie do pokonania. Potem przez rok opłacała mu korepetycje z matmy, żeby spróbował jeszcze raz. Pieniądze wydała. Nie spróbował. Jacek wściekł się tak, że był bliski rękoczynów. Chyba nigdy go takim nie widziała. Więc kiedy załatwił Filipowi pracę w firmie remontowej, nie protestowała. Do tematu edukacji syna już nigdy nie wrócili. Ostatnich kilka miesięcy upłynęło pod znakiem radykalizowania się poglądów politycznych ich dziecka w kierunku narodowo-fanatycznym, co wprawiało w niezwykły entuzjazm jej ojca, załamywało zaś Martę i Jacka. Wkrótce okazało się lekarstwem na rozstanie z Justyną, więc jeśli zamiast miny zbitego psa widziała zapał i zaangażowanie, mogła przymknąć oko na faszystowskie symbole w pokoju i ucho na rasistowskie teksty piosenek, dudniące przez ścianę.
– Cieszysz się? – Filip odpowiedział pytaniem.
– Jak chcesz to zrobić? – spojrzała na niego. – Wiesz, że ojciec nie da ci ani grosza.
– Przecież pracuję, dam radę.
– Dasz radę?! Ile kasy odłożyłeś do tej pory? Nie dokładasz się w ogóle do utrzymania domu, cały czas jesteś na naszym garnku i nie śmierdzisz groszem! Jak chcesz to zrobić – pytam! – powoli narastała w niej irytacja.
– Dostanie od dziadka.
Do kuchni wtoczył się koślawo wózek inwalidzki, na którym siedział stary, zgarbiony ojciec Ewy. Z bujnych kiedyś włosów pozostała tylko siwa korona wokół głowy. Łysina błyszczała napiętą skórą obficie obsypaną plamami starczymi. Tak jak dłonie. Pamiętała, że ojcu najpierw zestarzały się dłonie. Długo zachowywał wigor i młodość ducha, ale wszystko to ulotniło się wraz ze śmiercią matki. Zapadł się wtedy w sobie, co od razu było widoczne na twarzy. Jego prężna i wyprostowana sylwetka stała się z dnia na dzień skulona na tym beznadziejnym wózku, którego wcale nie potrzebował. Ewa wiedziała, że czasami w swoim pokoju wstaje i chodzi, żeby wykonać codzienne czynności. Raz przyłapała go w nocy, jak szedł do toalety. Geriatra powiedział, że to trauma po stracie żony, że to forma obrony przed stresem, że z czasem może przejdzie. MOŻE. Tak czy inaczej musieli poszerzać drzwi na całym parterze, żeby dziadek mógł się swobodnie poruszać po domu. Nie było to łatwe, ani tanie, ale przecież to ojciec. Ojciec w ostatnich latach swojego życia. Ewa chciała zrobić dla niego wszystko, żeby mu te lata uczynić dobrymi. Chciała zrobić wszystko, czego nie zdążyła zrobić dla mamy. Ale ostatnio ciągle działał jej na nerwy. Tak jak teraz. Po co się wtrąca? Chce być dobrym dziadkiem? Niech przestanie kibicować rasistowskim zapędom wnuka. Mówi, że uczy go patriotyzmu. Sama nie wie, skąd w ojcu wzięło się nagle tyle nienawiści do obcych. Nigdy taki nie był. Nagle zaczęli mu przeszkadzać czarnoskórzy, muzułmanie i Żydzi. Zwłaszcza ci ostatni, choć w dzisiejszych czasach Żydów w Łodzi jak na lekarstwo, a nawet jak jacyś są, to nikt o tym nie wie.
Kiedyś Marta próbowała z nim dyskutować, tłumaczyć, że przecież widział na własne oczy, co spotkało ten naród w czasie wojny, że tak nie wolno. Raz powiedziała coś, co zamknęło dyskusje na ten temat raz na zawsze: „Dziadku jest coś, co wiesz o Żydach, ale nie chcesz nam powiedzieć, prawda?” Ojciec przygwoździł ją wzrokiem do fotela, na którym siedziała i powiedział do niej przez zaciśnięte zęby: „Nic nie wiesz, i nic nie rozumiesz”. Więcej się nie odezwała. U Ewy reakcja ojca wywołała lekki niepokój, ale nie miała czasu zawracać sobie tym głowy.
– Tato, nie możesz wydawać swojej emerytury na jego fanaberie. Już raz próbowaliśmy i co? Nawet nie zapisał się na egzamin poprawkowy, więc nie ma o czym… – W tym momencie Filip podsunął jej pod nos kartkę, na której widniała potwierdzona pieczątką szkoły deklaracja przystąpienia do egzaminu poprawkowego z matematyki. Ewa po raz drugi dzisiaj zdumiała się podczas robienia obiadu. Dobrze, że zdążyła pokroić ogórki na mizerię, bo ucięłaby sobie palec. Od razu przywołała się do porządku i choć serce skakało jej z radości, nie chciała pokazać przedwczesnego entuzjazmu.
– Oczywiście, jeżeli chcesz, to próbuj, ale za swoje pieniądze. – powiedziała spokojnie.
– Okej. Zdziwisz się, ale z ostatniej wypłaty zostało mi parę złotych. Na początek wystarczy. – spojrzał dumnie i próbował rozbroić ją uśmiechem. Była twarda.
– Dostaniesz od dziadka pieniądze na lekcje i co tam jeszcze będziesz potrzebował. – powiedział ojciec tonem nie znoszącym sprzeciwu i zwrócił się do Ewy – A ty mi nie mów, co mam robić ze swoją emeryturą.
Już otworzyła usta, żeby powiedzieć, co myśli na ten temat, ale Filip uprzedził ją. Obrócił wózek dziadka i wypychając do korytarza powiedział:
– Dziadku, mama ma rację. Sam opłacę lekcje, a potem studia. Wystarczy mi kasy z tego, co zarabiam. Będę pił mniej piwa… he he… – usłyszała jeszcze z oddali głos ojca wyraźnie udobruchany.
„Ci dwaj zawsze umieli się dogadać” – pomyślała z rozczuleniem. Nagle w drzwiach pojawiła się głowa chłopaka:
– Ale cieszysz się?
Poleciały w jego kierunku obierki z ogórka. Pudło. Głowy już nie było. Cieszyła się. Bardzo.

***

Kilka miesięcy później Filip wychodził z dziekanatu zadowolony. Udało się. Co prawda to nie uniwersytet, tylko prywatna uczelnia, ale co to za różnica? Ważne, żeby się otrzaskać i złapać poziom. Tak jak mówił Michał. No i ten kierunek. Ledwo zdał poprawkowy z matmy, z polaka i historii też nikogo nie powalił wynikiem, więc brał to, co było w zasięgu. Narodowiec na kulturoznawstwie. He, he, dobre. Kiedy pół roku temu rozmawiał z Michałem w drodze do domu zrozumiał, do czego dążą prawdziwi narodowcy.
– Obserwowałem cię dzisiaj na spotkaniu i myślę, że możemy sobie nawzajem pomóc. – zaczął Michał i trochę wytrącił Filipa z pewności siebie. „Kurwa! Pedał!” – pomyślał i ocenił, czy uda się wyskoczyć z samochodu, gdy zwolni. – Bo widzisz… Cała ta banda z Dzikim na czele to są pionki. Ich można wysłać na rozróbę, żeby obili ryje paru czarnuchom, namalowali parę swastyk… Ale sam widzisz, że jak im machniesz szalikiem Widzewa przed nosem to im zasłona na łeb spada.
– Faktycznie, mają trochę wąskotorówę, ale to porządne chłopaki. Za Polskę dadzą się pokroić – Filip próbował bronić kolegów, ale nie potrafił znaleźć bardziej przekonywujących argumentów. Tak czy inaczej ulżyło mu, że rozmowa zeszła na takie tory.
– Nie zrozum mnie źle. Oni też są potrzebni. Zwłaszcza u was, w Łodzi. Cicho tu trochę, jeśli wiesz co mam na myśli… – Michał zaprezentował szelmowski uśmiech. – Potrzebna jest jakaś większa akcja, żeby zawyły media. Chciałbym żebyście, ty i Dziki, jakoś to zorganizowali…
– Myślę, że dzisiaj padło kilka fajnych propozycji. Chłopaki się zaangażowali…
– Tak, tak… jasne. To wszystko super, ale… Wiesz… Bieganie po cmentarzach z farbą… To już nie robi na nikim wrażenia… Musi być uderzenie. Mocne.
– Coś jak… podpalenie akademika dla cudzoziemców…? – Filip nie wierzył, że można brać serio takie pomysły, ale teraz stracił pewność i wypowiedział te słowa zdumionym głosem. Michał spojrzał na niego badawczo. Przez chwilę miał wrażenie jakby ujrzał na jego twarzy cień zachwytu, ale szybko odgonił te myśli. Usłyszał chichot kolegi i sam też zaczął się śmiać. Atmosfera, której zagroziło zgęstnienie pozostała na dobrym, koleżeńskim poziomie. Michał kontynuował.
– Nie no stary! Bez jaj! Ale podoba mi się kierunek twojego myślenia – zaśmiał się głośno. – Dobra. Zostawmy to. Pogadam z Dzikim. On ogarnie temat. Jest jeszcze jedna sprawa i tak naprawdę to jest działka, którą ty miałbyś się zająć. Bo widzisz, takie akcje, o których mówimy na dłuższą metę do niczego nie prowadzą. Zaraz wchodzą gliny, dziennikarze, śledztwa i takie tam. Robią z nas kryminalistów. Ani Polski, ani Polaków w ten sposób nie wyleczymy z tego całego multikulturowego choróbska…
– Ani nie zbudujemy na tym silnego, narodowego patriotyzmu – dodał Filip. Tak! Czuł i myślał dokładnie to samo. Michał przytaknął skwapliwie. – Tylko co można zrobić? Jak?
– System. Wprawdzie jest beznadziejny i do zmiany, ale daje pewne możliwości. Plan jest taki, żeby zadziałać systemowo. Ale do tego są potrzebni ludzie, zrównoważeni, kulturalni, z dobrych domów, wykształceni. A jednocześnie pełni zapału, zaangażowani, kochający Polskę ponad wszystko. Tacy jak ty, Filip, dokładnie tacy…
Od tamtej rozmowy wszystko zaczęło się układać. Filip zrozumiał, że chodzi o władzę. Żeby cokolwiek zmienić w tym kraju trzeba dojść do władzy. I po to właśnie przyjechał Michał, żeby zrobić rekonesans, czy tu, w Łodzi są ludzie, którzy poprowadzą ruch narodowy do wyborów. Ludzie, którzy będą zapleczem dla patriotów walczących w samorządach, parlamencie, o Polskę i Polaków. Nie na ulicy, nie farbą i bejsbolem, ale zmianą prawa i słowem. To jest to, czego mu brakowało wśród chłopaków Dzikiego. Chłodnej, realnej oceny sytuacji. Teraz już nie zgrzytało, kiedy patrzył na zdjęcie Hitlera w klubie. Zrozumiał, że właśnie on był mistrzem wykorzystywania istniejącej sytuacji do realizacji swoich, jasno określonych planów. Dzięki demokracji, którą się brzydził, doszedł do władzy, by stworzyć Wielkie Niemcy. On, Filip, ma okazję wziąć udział w tworzeniu Wielkiej Polski. Musiał tylko zrobić jeszcze dwie rzeczy. Zdać maturę i iść na studia. To warunek konieczny. Tak powiedział Michał.
– Po pierwsze, dlatego, że liderami muszą być ludzie wykształceni, żeby nikt nie zarzucał nam ciemnogrodu. A po drugie, uczelnia to najlepsze miejsce na zdobycie zwolenników. Takie są twoje zadania Filip. Wchodzisz w to?

***

Zieleń trawy wyglądała już bardzo dojrzale. Przyjemnie kontrastowała ze śliwkami spadającymi z drzewa, których nie nadążali zbierać. W tym roku śliwa obrodziła wyjątkowo. Ewa siedziała na tarasie w pełnym słońcu i delektowała się ostatnimi wolnymi chwilami zanim na dobre zacznie się szkolny kierat. Pomyślała o mamie. Ona nie pozwoliłaby, aby tyle śliwek się marnowało. Spiżarnia byłaby już zastawiona powidłami w słoikach, a kuchnia w każdą niedzielę pachniałaby śliwkowym plackiem. Ech… Przydałby się teraz ten placek. Ewa rozleniwiła się przez wakacje, ale i dobrze wypoczęła. Czeka ją ciężki rok. Ostatecznie zgodziła się przyjąć propozycję dyrektora. Oboje z Jackiem uznali, że należy podejść do sprawy pragmatycznie. Przydadzą się dodatkowe pieniądze, a taka okazja może się więcej nie zdarzyć. Najważniejsza jednak była opinia nauczycieli. Część grona, ta którą Ewa szczególnie ceniła, uznała, że jeżeli ktokolwiek ma być wicedyrektorem, to powinna to być właśnie ona. Czuła się tym bardzo zbudowana. Oczywiście największe wsparcie dostała od Aśki, która była zachwycona tą perspektywą i już cieszyła się, że nadal będzie mogła pod skrzydłami przyjaciółki prowadzić „wywrotową, prosyjonistyczną” działalność. Niestety kilku nauczycieli musiało odejść, ale okazało się, że akurat ci, którzy dotychczas nie przyczyniali się zanadto do dobrej opinii szkoły. Ba! Ewa chętnie wymieniłaby jeszcze jedną lub dwie panie na „lepszy model”, ale okazało się, że jednak wierność pan dyrektor ceni ponad wszystko. Natomiast o jakości szybko zapomina. Pierwsze spięcie na ten temat miała z nim, kiedy poinformował ją o zwolnieniu Małgosi. Przez szkołę w ostatnich latach przewinęło się kilka pedagożek i wreszcie udało się znaleźć kogoś z pasją. Gosia potrafiła jak lwica bronić na radach trudnych uczniów. Nie raz Ewa podejmowała z nią burzliwą polemikę. Ale zawsze towarzyszył temu obustronny szacunek. Teraz okazało się, że zaangażowanie i poświęcenie pracy nie jest żadną wartością, jeżeli nie stoisz po właściwej stronie. Czy ona Ewa, jest po dobrej stronie? Która strona jest dobra? Takie rozważania wprowadzały ponury nastrój, więc odpędziła te myśli i wystawiła twarz do słońca. Czekała na Aśkę, która potrafiła rozwiać wszystkie jej wątpliwości. Usiądą, wypiją po lampce wina i zanurzą się w rozmowie o literaturze. Ostatni oddech przed pracą.
Zadzwonił telefon. „Boże! Kto dzisiaj dzwoni na telefon stacjonarny?!” – pomyślała zirytowana. Pewnie ktoś do ojca. Znowu będzie się spieszył, żeby odebrać i poobija wózkiem futryny. Wstała z fotela i posuwistym krokiem ruszyła do korytarza.
– Nie dzwoń tu więcej! Słyszysz?! Nie! Nie możemy! Daj jej spokój! – usłyszała uniesiony głos ojca, który stał przy telefonie. Wózek porzucony pozostał w drzwiach jego pokoju. Słuchawka z trzaskiem opadła na telefon.
– Kto dzwonił? – ojciec drgnął. – Tato? Coś się stało? Jesteś zdenerwowany.
– To… kolega… Z dawnych lat… Nie powinien…
– Jaki kolega? Czemu nie chciałeś z nim rozmawiać?
Ojciec opadł na wózek. Widać było zmęczenie na jego twarzy. Ewa mocno się zaniepokoiła.
– Tato? – spojrzał na nią i uśmiechnął się.
– Już dobrze. Nic, nic. Wszystko dobrze… – wycofał wózek i schował się w swoim pokoju. Ciszę przerwał sygnał domofonu.

***

– Cześć kochana. Dobrze, że jesteś. Słuchaj, martwię się o mojego ojca. Przed chwilą miał telefon… – Ewa spojrzała wnikliwie na przyjaciółkę – Co się dzieje?
Aśka była blada, miała podkrążone oczy. Znikł gdzieś optymizm wymalowany wiecznie na jej twarzy. Brak makijażu sprawił, że widoczne stały się drobne zmarszczki wokół oczu i ust. Ewa zapomniała o ojcu i wzięła w ramiona przyjaciółkę.
– Powiedz, że o niczym nie wiesz… powiedz… – zaszlochała Aśka, a Ewa poczuła, że za chwilę zawali się na nią świat. Usiadły na tarasie. Słońce nie wydawało się już tak ciepłe.
– Zadzwonił do mnie dzisiaj rano… dyrektor… I powiedział, że mogę nie przyjeżdżać na sierpniową radę… Że znalazł polonistkę na te godziny, których nie możesz mieć jako wice i że ona ma też studia podyplomowe z historii… I w związku z tym, będzie łączyła w jednym etacie te dwa przedmioty… Że miał telefon z wydziału… Ewa… Wiedziałaś?
Ewka nie mogła wydobyć z siebie słowa. Ten dzień zaczął się zbyt dobrze, żeby mógł tak przetrwać aż do wieczora. „Czy jesteś po właściwej stronie?” – zahuczało w jej głowie.