1940 później

Za okupacji nasza ulica nazywała się Buchdruckergasse. Zanim zamknęli getto, Chawa tak samo jak wcześniej, bawiła się z Anielką. Na ulicy. Tylko teraz ciągle prosiła o coś do jedzenia. Bo Żydzi w czasie wojny strasznie głodowali. Niemcy zabierali im całe majątki. Na przykład naszemu szklarzowi zabrali wózek i cały zapas szyb, który miał. I Szmul Fajman nie mógł już zarabiać naprawianiem okien. Nawet, jak któryś miał pieniądze, to niełatwo było takiemu Żydowi coś kupić.
Kiedyś, pamiętam, matka zabrała mnie do piekarni, gdzie ojciec od trzeciej w nocy stał w kolejce za chlebem. Poszliśmy, żeby go zmienić. I tam w tej kolejce stał też nasz Szmul, tylko bez łaty. Łata to była taka żółta gwiazda, którą każdy Żyd musiał nosić na plecach i na piersi. Matka poznała go i od razu rzuciła do ojca:
– Co tu robi to Żydzisko? Chleba przez takiego nie starczy dla nas.
Ale ojciec kazał jej być cicho i powiedział, że każdy musi jeść. I matka więcej się nie odezwała. Szmul jednak nie kupił chleba tego dnia, bo ktoś inny go rozpoznał, pewnie dawny klient i ludzie wyrzucili go z kolejki. Tak więc, kiedy Chawa przychodziła bawić się z Anielką, zawsze dostawała od ojca kawałek chleba z marmoladą albo trochę zupy. Matka psioczyła na niego pod nosem i patrzyła wilkiem na małą Żydówkę. A Chawa przychodziła prawie codziennie i kiedy już się najadła to bawiliśmy się razem. Właściwie to ja się z nimi nie bawiłem tylko pilnowałem. Matka kazała mi pilnować Anielki i mojej drugiej siostry Tereski na każdym kroku, odkąd Niemcy zabrali na roboty Irkę, naszą najstarszą siostrę.
Jakoś na wiosnę 40-go roku zaczął się ruch i wszyscy Żydzi z naszej ulicy musieli się wynieść ze swoich domów i przeprowadzić gdzieś indziej na Bałuty. Okazało się później, że nasz odcinek Buchdruckergasse stał się granicą łódzkiego getta. Niemcy zburzyli drewniany domek Fajmanów i kilka innych domów i wzdłuż ulicy zbudowali ogrodzenie z drewnianych desek i drutu kolczastego. Dom Grinbaumów przebudowali na strażnicę, na którą wszyscy mówili getto wacha. Obok strażnicy była brama, przy której zawsze stał jeden strażnik,
a drugi chodził wzdłuż ogrodzenia i obaj pilnowali, żeby żaden Żyd nie uciekł z getta. Na początku brama była stale otwarta i można było wchodzić do getta jak ktoś chciał. Tylko Żydom nie wolno było wychodzić.
Anielka i Chawa bardzo płakały, kiedy Fajmanowie się wyprowadzali. Nie mogliśmy ich rozdzielić. Mnie też się chciało płakać, bo bardzo polubiłem tę czarnooką dziewuszkę. Czasami myślałem sobie, że jak dorośnie to zostanie moją żoną. Nie wiedziałem wtedy, że nasze religie nie pozwoliłyby no to. I nie wiedziałem, że Chawa nigdy nie dorośnie. Ale tak wtedy myślałem.
Pewnego dnia postanowiłem zrobić siostrze niespodziankę i poszedłem do getta na poszukiwanie Chawy. Nie była to przyjemna wizyta, bo pełno tam było żebrzących ludzi, którzy mnie ciągle zaczepiali. Pokręciłem się trochę po ulicach, ale nie mogłem znaleźć Fajmanów. Nie umiałem zapytać o nich po żydowsku, a większość Żydów nie znała polskiego. Nawet jak ktoś znał, to nie słuchali tego co mówiłem tylko pytali o jedzenie. W pewnej chwili dopadło do mnie dwóch wyrostków, zaczęli mnie szarpać i przeszukiwać moje kieszenie. Zacząłem wołać o pomoc i nagle jeden z nich skulił się pod uderzeniem gumowej pałki, drugi zaś uniknął ciosu i już obaj uciekali, gdzie pieprz rośnie. Spojrzałem z lękiem na mojego wybawcę.
– Co tu robisz? – Był to Dawid Grinbaum. – Czego szukasz? Wracaj do matki. Życie ci nie miłe?
Dawid był ubrany w ciemną marynarkę i ciemne spodnie. Na głowie miał okrągłą czapkę z daszkiem. Na rękawie nosił białą opaskę
z żydowską gwiazdą. Przytroczył pałkę do paska spodni i powiedział, że jak wpadnę w łapy Niemców to mnie zatłuką i że teraz odprowadzi mnie do bramy. Ale ja chciałem koniecznie znaleźć Chawę i upierałem się, że i tak tu wrócę, jeżeli mnie do niej nie zaprowadzi. Wtedy Dawid złapał mnie za kołnierz i pociągnął w stronę Placu Kościelnego. Przestraszyłem się, bo pomyślałem, że prowadzi mnie do Niemców. Pamiętałem, jak naśmiewał się z matki i wiedziałem, że nienawidzi Polaków tak jak ona nienawidziła Żydów. Ale on szarpiąc się ze mną przez całą drogę zaprowadził mnie do mieszkania na Łagiewnickiej.
Tam mieszkała Chawa z rodzicami. Okazało się, że skromny pokój z kuchnią dzielili z nimi Grinbaumowie. W pokoju na jedynym łóżku leżał trawiony gorączką Szmul Fajman, a obok niego siedziała Chawa trzymając na kolanach śpiącego brata. Stary Grinbaum siedział na małym zydelku i kiwał się tak, jak w czasie żydowskiej modlitwy. Nikogo więcej nie było.
Gdy Chawa mnie zobaczyła uśmiechnęła się. Zapytała, czy przyniosłem jej chleba z marmoladą. Ale ja nie miałem nic. Obiecałem, że następnym razem na pewno coś przyniosę. Dawid powiedział, że więcej mam się nie pokazywać. Przez całą drogę powrotną, kiedy odprowadzał mnie do bramy przekonywałem go, że jeszcze tylko raz przyjdę z Anielką, żeby mogła zobaczyć się z przyjaciółką. Wtedy on powiedział, że jestem głupim smarkaczem i nie wiem, o czym mówię. Bo ja rzeczywiście nie zdawałem sobie sprawy z tego, o czym mówiłem i co robiłem. Dopiero po latach uświadomiłem sobie, że mogłem stracić życie.
W tym czasie pracowałem już w warsztacie u jednego Niemca, który naprawiał samochody. Cały tydzień musiałem chodzić do pracy
i dopiero w następną niedzielę mogłem zorganizować wyprawę do getta. Tak umówiłem się z Dawidem, który zgodził się, kiedy obiecałem przynieść coś do jedzenia. W tajemnicy przed matką codziennie odkładaliśmy z Anielką po jednej kromce chleba aż uzbierało się chyba
z pół bochenka. Zabrałem też z kuchni trochę marmolady. Tak zaopatrzeni przemknęliśmy się obok robotników, którzy właśnie montowali wrota bramy. Niedaleko czekał Dawid, który miał dla nas łaty, żebyśmy uchodzili za żydowskie dzieci i nie wzbudzali podejrzeń. Chronił nas też przed rabusiami, bo wiedział, że będziemy mieli jedzenie, a tam, w getcie, wszyscy byli głodni.
W mieszkaniu na Łagiewnickiej zastaliśmy starego Grinbauma, rodziców Dawida oraz małą Chawę. Okazało się, że jej ojciec został zabrany do szpitala, a matka poszła go odwiedzić i zabrała małego Mojsze, którym teraz ciągle opiekowała się siostra. Dziewczynki, kiedy tylko się zobaczyły padły sobie w ramiona. Anielka dała Chawie dwie kromki chleba i marmoladę, które ta zjadła od razu. Pan Grinbaum wyjął z kredensu kawałek masła posmarował nim jedną kromkę i podał staremu ojcu. Wtedy pani Grinbaum zaczęła na niego krzyczeć, ale nie rozumiałem co. Dawid odwrócił się od nich ze złością i wyszedł. Powiedział, że wróci po nas za godzinę.
Anielka pobawiła się jakiś czas z przyjaciółką. Chawa powiedziała nam, że teraz wszyscy dorośli i starsze dzieci w getcie całymi dniami szukają jakiegoś zajęcia, żeby zarobić na chleb. Albo sprzedają to, co im jeszcze zostało. Jej mama miała szczęście, bo pracowała w pralni i tam dostawała za to zupę raz dziennie. Dostawała też trochę pieniędzy, ale nie można było za nie kupić zbyt wiele, dlatego ciągle byli głodni. Tata poszedł kiedyś do stolarza za pracą, ale został pobity przez robotników. Od tamtej pory chorował i nie mógł pracować.
Dawid odprowadził nas w pobliże bramy, zabrał łaty i umówiliśmy się, że w następną niedzielę znowu przyjdziemy z jedzeniem. Kiedy wracaliśmy wrota były już zamontowane, ale ciągle otwarte. Swobodnie przeszliśmy na nasze podwórko.
Do niedzieli znowu uzbieraliśmy jedzenie. Od rana mama wysłała mnie do pani Klimke, żebym wkopał młode drzewko w jej ogrodzie. Dostałem za to pięć małych racuchów, które piekła dla swoich wnucząt. Pomyślałem, że dwa dam siostrom, jednego zjem sam, a jednego zaniosę Chawie. W ten sposób został jeszcze jeden, który mógłbym dać rodzicom na spółkę. Ale zaraz uzmysłowiłem sobie, że te racuszki są za małe, żeby je dzielić, a ich zapach drażnił moje nozdrza. Wtedy, w czasie okupacji, bardzo rzadko mogłem zjeść coś tak dobrego. Kiedy udało się mamie kupić mąkę to piekła z niej chleb. Drożdże i jajka, które były potrzebne do ciasta, były prawie niedostępne. Mama na pewno pozwoliłaby mi zjeść dwa racuchy, za moją pracę. Tak rozmyślając wyjąłem z papieru jednego racucha i zajadając, wolnym krokiem wracałem do domu. Wtedy stało się coś, czego nigdy nie zapomnę.
Przechodząc obok otwartej bramy getta zobaczyłem stojącego przy niej strażnika. Był uzbrojony w karabin, miał błyszczący w słońcu hełm i piękny nowy mundur. Na jego nogach lśniły czarne oficerki. Choć wiedziałem, że to Niemiec, wróg, to jednak bliski widok tak idealnie wyglądającego żołnierza, zrobił na mnie duże wrażenie. Zatrzymałem się i z otwartą buzią wpatrywałem w strażnika, który
z kolei patrzył zimnym wzrokiem na starca zbliżającego się z głębi getta. Stary, zgarbiony Żyd podszedł wolno do bramy i nie oglądając się na Niemca wyszedł na ulicę i z wyciągniętą ręką podszedł do mnie. Wtedy zorientowałem się, że to stary Grinbaum, szewc, który kiedyś załatwił pracę memu ojcu. Spojrzałem na żołnierza, który uśmiechnął się i skinął głową. Włożyłem nadgryzionego racucha w rękę starca, a ten powiedział coś po żydowsku, po czym odwrócił się i skierował z powrotem za bramę. Tam zauważyłem obserwującego wszystko Dawida, który wystraszony czekał w oddaleniu na dziadka. Starzec, kiedy mijał żołnierza kłaniał mu się nisko. Nagle ten zdjął
z ramienia karabin, w jednej chwili przymierzył i strzelił. Stary Grinbaum upadł.
Stałem jak porażony. Niemiec nie odejmując broni od twarzy obrócił się w moją stronę. Widziałem jego zimne oko w celowniku i błysk słońca na hełmie. Racuchy leżały bezładnie na ziemi, a ja poczułem ciepłą ciecz spływającą po moich nogach.
– Posikał się! Posikał się! – Usłyszałem krzyk młodego Grinbauma, który w tym czasie podbiegł do leżącego dziadka i wyjął z jego ręki nadgryzionego racucha. Po chwili wskazał na mnie i powiedział coś po niemiecku do żołnierza. Obaj wybuchli głośnym śmiechem. W tym momencie dopadła do mnie matka, potrząsnęła mną i zesztywniałego zaprowadziła do domu.
Tego samego dnia brama getta została zamknięta, a obok niej postawiono tablicę z napisem „Wohngebiet Der Juden. Betreten Verboten!”* Od tej pory już nigdy nie zbliżyłem się do ogrodzenia getta. Do domu wracałem tylko po naszej stronie ulicy i nigdy nie patrzyłem w tamtą stronę. Czasem tylko chowając się za firanką obserwowaliśmy z Anielką, czy nie zobaczymy gdzieś Chawy. I raz zobaczyliśmy.

*Dzielnica żydowska. Wstęp wzbroniony!