2017 później

Cześć Fil:-)

Halo, jesteś tam?

Dźwięk messengera wytrącił Filipa z półsnu. Sobota, 19.17. Zwykle o tej porze szykował się na imprezę, ale od miesiąca padał na twarz. W tygodniu praca, co drugi weekend zajęcia na uczelni. Wolne soboty spędzał zazwyczaj w bibliotece, bo choć studia nie były ciężkie to wymagały przeczytania tony książek. A Filip miał spore zaległości. Kiedy się ocknął jedna z nich leżała bezładnie na podłodze. Musiał przysnąć w trakcie czytania. Spojrzał na telefon i resztki snu uleciały z prędkością światła. Justyna?!

No elo. Czemu to zawdzięczam ten zaszczyt?;-)

Zadrwił nieco, ale poczuł ciepło w okolicy serca.

Jestem w Łodzi. Spotkamy się?

„Co jest do cholery?” – pomyślał. Od ich ostatniej rozmowy minął prawie rok. Rozmowy, która była kłótnią. Porzucił nadzieję na to, że kiedykolwiek jeszcze ich drogi się zejdą. Coraz rzadziej myślał o Justynie. Zaczął rozglądać się za kimś, bo na imprezach było głupio samemu. Spotykał się przez chwilę z Julką, ale szczerze mówiąc, gadka nie bardzo się kleiła. Poza ciałem nie miała wiele do zaoferowania. Przynajmniej dla niego. Znudzony i rozczarowany szukał dalej. I nie mógł znaleźć. Coś mu ciągle przeszkadzało w tych wszystkich dziewczynach. Coś było z nimi nie tak. Albo z nim.

Co się stało, że nagle chcesz się spotkać?

Matka mi zachorowała;-p

Bardzo śmieszne:-[

Hi hi. Ty zacząłeś. To co? Kawa?

Kawa o tej porze? Wolę pizzę

OK

Podjadę za 20 min

Przechodził korytarzem do łazienki, kiedy usłyszał dzwonek telefonu stacjonarnego. Już dawno by go zlikwidowali, gdyby nie dziadek. Tylko do niego dzwonią znajomi na ten numer. No i wciskacze badziewia. Postanowił nie odbierać, ale po chwili pomyślał, że ktoś jest wyjątkowo zdesperowany, a dziadek pewnie walczy z wózkiem w swoim pokoju, żeby zdążyć odebrać.
– Rezydencja państwa Rojków. Słucham? – rzucił do słuchawki.
Cisza po drugiej stronie wydała się złowroga. Filip pomyślał, że za chwilę usłyszy sapiącego zboczeńca i już otworzył usta, żeby dać upust złości, gdy dotarł do niego niski, starczy głos.
– Dobry wieczór. Czy mogę rozmawiać z panem Janem Malewskim?
– Taaak, już podaję dziadka. Dziadek! Do ciebie!
Bez odzewu. Pewnie śpi. Otworzył ostrożnie drzwi pokoju. Dziadek siedział na wózku i wpatrywał się w okno, choć tam dzięki ciemnościom na zewnątrz i przytłumionemu światłu nocnej lampki, mógł widzieć jedynie swoje odbicie.
– Dziadku, telefon. Jakiś facet dzwoni.
– Przedstawił się?
– Noo nie, nie pytałem. Czekasz na wiadomość?
– Tak. Czekam. Już jadę. Pomożesz?
Filip zablokował drzwi, wykręcił wózkiem i skierował go do korytarza. Zatrzymał obok szafki z telefonem. Starzec spojrzał na niego i wyraźnie czekał aż sobie pójdzie. To zachowanie wydało się Filipowi dziwne. Nigdy nie mieli przed sobą żadnych tajemnic. Kiedy wchodził do łazienki usłyszał trzask słuchawki rzucanej na widełki. Bez jednego słowa.

***

Wieczór okazał się bardzo miły. Bez obietnic. Bez wyznań. Bez kłótni. Opowiedzieli sobie o tym, co działo się przez ostatni rok. Justyna narzekała, że jej studia to ciężki kawałek chleba. Nie obyło się bez poprawki we wrześniu.
– Wiesz… Zrobiłem maturę w te wakacje…
– Wiem. I studiujesz – odpowiedziała z uśmiechem, sącząc colę.
– Wiesz? Jak…? Kaśka! Oczywiście! Spotkałem ją ostatnio na uczelni. Plotkara! – roześmiali się oboje.
– Nie mów tak. To moja przyjaciółka.
Filip przez chwilę poczuł złość. To dlatego chciała się spotkać? Jak studiuję to jestem okej? A jak pracuję w remontach to za mało dla księżniczki?
– Czy to coś zmienia? – zapytał poważnie.
– Co miałoby się zmienić? I przez co?
– Czy to, że studiuję zmienia coś między nami?
– Filip, nie psujmy proszę tego wieczoru. Jest miło. – Spojrzała na niego z niepokojem.
– Jasne. Przepraszam.
Rzeczywiście było całkiem przyjemnie. Filip poczuł, że znów ma przy sobie bratnią duszę. Kobietę, z którą może pogadać o wszystkim, która wie wszystko o jego wadach i zaletach, przy której nic nie musi udawać. Przez chwilę zawahał się, czy to powiedzieć, ale przecież, nic nie może się zmienić, więc…
– Poznałem fajnych ludzi. Pamiętasz, jak rozmawialiśmy kiedyś o Polsce, że tyle tu syfu, że nie ma kto zadbać o ten kraj?
– Nadal tak jest niestety. I…? Co to za ludzie?
– Z Ruchu Narodowego.
– Czyli… narodowcy po prostu?
– No tak, ale to nie jest tak, jak wszyscy myślą…
Filip opowiedział o Dzikim, Michale i reszcie chłopaków. O tym jaką rolę ma odegrać w tym wszystkim, i o tym, że ta idea zmotywowała go do zdania matury i podjęcia studiów.
– Rojek politykiem… No no… Dzieje się widzę – Justyna uśmiechnęła się z przekąsem. – Skoro cię to rajcuje to okej, ale uważaj, bo to grząski grunt.
– Wiem, wiem, dlatego nie chcę się na razie za bardzo wychylać. Rozmawiam z ludźmi, sonduję co myślą. Sprawdzam, czy jest duch w narodzie.
– No i? Jest?
– Powiem ci, że mam na roku paru zainteresowanych. Wybieramy się na marsz niepodległości do Warszawy. Może się przyłączysz?
– O nie! Mnie w to nie mieszaj! – roześmiała się. – A tak serio, to nie mam szans na wolny weekend aż do Bożego Narodzenia.
Resztę wieczoru spędzili w towarzystwie Kaśki i Bartka, którzy pojawili się podobno niespodziewanie. Filip wiedział, że byli w odwodzie, gdyby sprawy przybrały kiepski obrót. Taka była Justyna. Zapobiegliwa. Zawsze z planem B. Tym razem nie był potrzebny, ale spotkanie nie straciło na wartości i przerodziło się w niezłą imprezę.
Następnego dnia rano na messengera przyszło zdjęcie. Od Justyny. Na zdjęciu był miś. Ten sam, którego tak starannie pakował w ostatnią wigilię, i którym ze złością rzucił przed jej blokiem. Pod zdjęciem był napis: „To nic nie zmienia”.

***

Ewa obudziła się z bólem głowy. Ostatnio zdarzało jej się to często, szczególnie w poniedziałki. Jacek mówił, że za dużo pije. Ona? Wypije lampkę czy dwie lekkiego wina. W tygodniu nie pije, a weekend jest od tego, żeby się zrelaksować.
– Ewa, to nie jest lampka, ani dwie. Nie zostawiasz w butelce ani kropli. – tłumaczył kiedyś spokojnie.
– Ty za to wypijasz litry piwa! Ty możesz? A ja nie?! – krzyczała na niego. Wszystko i wszyscy ją denerwowali. Ojciec z jego tajemnicami. Filip z całym tym narodowym patriotyzmem, za który pewnie kiedyś trafi do pudła. Marta, która miała się za uosobienie zdrowego rozsądku i pouczała ją, jak ma sobie radzić w pracy. Dzieci w szkole i nauczyciele. I dyrektor. Denerwowali ją, więc na nich krzyczała, była złośliwa i opryskliwa. A potem żałowała każdego wypowiedzianego słowa, tego jadu, który sączyła. Więc płakała. Z żalu, z poczucia winy, ze złości. Z niemocy.
Brakowało jej Aśki. W sierpniu, gdy usłyszała o jej zwolnieniu, pognała do dyrektora i rzuciła mu w twarz wypowiedzeniem. Wykrzyczała, że jest ostatnią gnidą, ale że jest mu wdzięczna, bo dzięki niemu dowiedziała się wreszcie, po której stoi stronie. Spodziewała się, że ją zwolni, ale on zostawił jej pół etatu, a wicedyrektorem uczynił nauczycielkę z nadania kuratora. Aśka znalazła pracę w innej szkole z szansą na cały etat od następnego roku. Nie widywały się teraz tak często. Cała ta sytuacja nie wpłynęła dobrze na ich przyjaźń. Aśka nie chciała, żeby Ewa robiła awanturę z jej powodu i narażała się na utratę pozycji. A kiedy to się stało, to chyba opanowały ją wyrzuty sumienia, bo unikała spotkań, ciągle wymawiając się brakiem czasu.
Ewa siedziała nad zimną kawą wpatrzona w okno. Widok był całkiem przyjemny. Od rana padał śnieg i zdążył już przykryć błoto ulicy, która, choć zamieszkana od pokoleń, nie mogła doczekać się asfaltowej nawierzchni. Mieszkali w starym domu na Cyprysowej, który matka odziedziczyła po swoich rodzicach. Teraz należał w połowie do ojca i w połowie do Ewy. Kiedy pobrali się z Jackiem, wzięli kredyt i wyremontowali cały budynek. Było ich na to stać. Jacek, inżynier, dobrze zarabiał na tych swoich budowach. Co prawda wiązało się to z częstymi wyjazdami, których Ewa nie lubiła, ale dzięki temu nigdy nie narzekali na brak pieniędzy. Mogła realizować swoją pasję, jaką było nauczanie. Naprawdę lubiła tę robotę. I wiedziała, że jest w tym dobra. Uczniowie ją lubili, mimo że była wymagająca. Z rodzicami dogadywała się coraz lepiej, szczególnie od czasu, kiedy sama została matką. Cieszyła się szacunkiem innych nauczycieli i sama też ich szanowała. Przez wiele lat żyła w przekonaniu, że przetrwa wszystkie społeczne i polityczne burze, bo jest po prostu dobrym nauczycielem. „Przecież nikt nie zwolni dobrego nauczyciela, prawda?” – pytała retorycznie Jacka, kiedy rozmawiali o nowym dyrektorze dwa lata temu. „Nieprawda. – Myślała teraz siedząc w pustej kuchni. – Gówno warta jest twoja praca, jeżeli nie wiesz, która strona jest właściwa…”
– Co tak siedzisz? – usłyszała głos ojca. Otarła szybko łzy spływające po twarzy i próbowała się uśmiechnąć.
– A co mam robić? Są ferie, nie idę do pracy, to siedzę. Chcesz coś? Herbatę? – zapytała.
– Zaparz mi siemienia. Nie piłem jeszcze dzisiaj. – Ojciec przyglądał jej się uważnie. Czuła pod tym spojrzeniem, że wzbiera w niej irytacja. Zatrzymał wózek po drugiej stronie stołu.
– Widzę, że nie jest z tobą najlepiej. Myślisz, że jak jestem stary to nic nie zauważam, ale ja widzę… Jacek mówi, że pijesz…
– No wspaniale! Ciekawe komu jeszcze opowiada te głupoty?! Kretyn! Robicie ze mnie alkoholiczkę! – Mówiła coraz głośniej. Czuła, że zaraz powie coś, czego za chwilę pożałuje, ale nie mogła nic z tym zrobić. Lawina ruszyła. – A co ciebie to obchodzi? Czy ja się czepiam, że zrobiłeś z siebie kalekę, choć wcale nim nie jesteś?! Nic ci do mnie i dobrze o tym wiesz, więc zabieraj te swoje ziółka i wynoś się!
– Ewka! – głos ojca zabrzmiał jak grom. – Co ty wyprawiasz? Zastanów się!
– Cały czas się zastanawiam! Całe życie! I wiesz co? Właśnie doszłam do wniosku, że jesteś ostatnią osobą, która ma prawo wtrącać się w moje sprawy. Ostatnią!
Wybiegła z kuchni i rzuciła się z płaczem na łóżko w sypialni. Rozdzierał ją gniew, nienawiść do siebie samej, a po chwili żal nad zranionym ojcem. Ojciec. Do tej pory tylko raz wykrzyczała rodzicom, że nie mają do niej żadnych praw. Była wtedy w podstawówce i nie chcieli jej puścić na dyskotekę. Zrozumiała potem bardzo szybko, że ból jaki im zadała był niezmierzony. Wtedy dotarło do niej, że bez względu na to, jakim zlepkiem genetycznym jest jej ciało, to oni są jej prawdziwymi rodzicami. To ich serca pękają, kiedy słyszą takie słowa. Nigdy jej nie okłamywali. Od dziecka wiedziała, że jej biologiczna matka zostawiła ją w pogotowiu opiekuńczym i słuch po niej zaginął. Nie było szoku pod tytułem „jestem adoptowana”. Ten temat nie był poruszany, bo do niczego go nie potrzebowali. Stworzyli jej dom niemal idealny, chociaż ona idealnym dzieckiem nigdy nie była. Krnąbrna i pyskata aż do czasu, kiedy sama weszła w gary i pieluchy. Ale tylko raz w jej ustach wybrzmiał ten ton: „ja nie jestem wasza, a wy nie jesteście moi” – wtedy w ósmej klasie. I przed chwilą. W kuchni. I teraz, tak, jak wiele lat temu, poczuła, że jeżeli nie jest ich, a oni nie są jej to… kim ona jest? Nowa fala płaczu wezbrała w niej, gdy wróciło uczucie osamotnienia. Zmęczona płaczem i tłukącymi się w głowie myślami, zasnęła.
Ocknęła się dwie godziny później. Ból głowy pozostał, jakby stał na straży jej pamięci: „Ciągle tu jestem, a ze mną całe to łajno, w którym siedzisz. Nie pozwolę ci o nim zapomnieć”.
– Cześć. Jak się czujesz? – Na fotelu w rogu pokoju siedziała Aśka.
– Co tu robisz? – Usiadła na łóżku. W głowie miała helikopter, choć wczorajsze wino na pewno już wywietrzało.
– Twój tata… Zadzwonił do mnie. Pomyślałam, że może chcesz pogadać.
– O!? Zadzwonił? I co powiedział? „Ewa jest alkoholiczką. Przyjedź i wyciągnij ją z nałogu”? Nie, nie chcę pogadać. Wyjdź stąd.
– Ewka, nie musisz być z tym wszystkim sama. Wiem, że ostatnio nie miałam zbyt dużo czasu. Przepraszam. Nie wiedziałam, że tak źle to wszystko znosisz…
– Nie wiedziałaś?! Ten skurwiel upokorzył mnie, pozbawił pracy i pozycji. Czego nie wiedziałaś? Myślałaś, że otrzepię się i pójdę dalej?
– Tak. – Aśka patrzyła jej hardo w oczy. – Tak myślałam.
Ewka poczuła się zbita z tropu. Tak powinna była zrobić. Myślała, że tak właśnie zrobi. Ale potem okazało się, że nie zna siebie zbyt dobrze. Chciała być silna, a okazała się słaba. Chciała być ponad tym, a cały ten bajzel przygniótł ją i zmiażdżył. Opuchnięte oczy znów wypełniły się łzami. Przyjaciółka usiadła przy niej i objęła ramieniem. Za chwilę jednak chwyciła Ewkę za ramiona i spojrzała na nią tym swoim twardym, choć życzliwym wzrokiem.
– Posłuchaj mnie. Skoro już wiadomo, że nie jesteś taka niezłomna, jak obie myślałyśmy, to znaczy, że potrzebujesz pomocy. I wbij sobie od razu do łba, że to nic złego potrzebować pomocy. Większość ludzi jej potrzebuje, ale nie chcą się do tego przyznać i tkwią w swoich bagienkach do końca życia. Ale ty Ewka, pamiętaj, ty nie jesteś jak większość. Zostawiam ci namiar na dobrego psychiatrę. Cudów nie czyni, ale umie odgruzować światło w tunelu.
– Przepraszam. – Ewa spojrzała na przyjaciółkę.
– Daj już spokój. Zadzwonię w przyszłym tygodniu. A ty zastanów się nad tym. – Aśka położyła na stoliku wizytówkę i wyszła z pokoju. Ewa spojrzała na kartonik.
„Dr Rafał Trempczyński. Psychoterapeuta”.
– Jasne. Już biegnę… – sięgnęła po butelkę wina, która stała przy łóżku. Rzeczywiście, była pusta.