1942

W 1942 roku pracowałem razem z ojcem w fabryce na ulicy Kilińskiego. Było to dość daleko od naszego domu i musieliśmy codziennie jeździć tramwajem. Wychodziliśmy z domu, gdy było jeszcze ciemno i wracaliśmy po zmroku. W pewną sobotę siedzieliśmy w tramwaju, zmęczeni po tygodniu pracy i całą drogę myślałem o tym, że nazajutrz będę mógł dłużej pospać. Gdy szliśmy naszą ulicą zauważyliśmy, że jest bardzo cicho, a we wszystkich oknach panuje ciemność. Jedynym oświetlonym budynkiem była getto wacha. Strażnicy właśnie zmieniali się na warcie. Kiedy przechodziliśmy obserwowali nas bacznie. Przestraszyliśmy się, że nas zatrzymają i szybkim krokiem weszliśmy na podwórko. W domu zobaczyliśmy matkę i siostry modlące się przed obrazem Serca Jezusowego przy niewielkiej świeczce. Zaczęły nas obejmować i całować całe zapłakane. Tata zapytał, co się stało. Mama powiedziała, że wywożą dzieci.
Okazało się, że Niemcy cały dzień od rana wywozili Żydów z getta. Już wcześniej przeprowadzali takie akcje, ale tym razem to było co innego. Mama i siostry opowiedziały nam, że słychać było płacz i wołanie dzieci, że zabierali te dzieci od rodziców. Nie widziały co się działo, bo Niemcy kazali zasłonić okna i zabronili wychodzić z domu. Dopiero po południu, około czwartej wszystko się skończyło.
Rodzice jeszcze długo rozmawiali szeptem. Niewiele słyszałem, ale wystarczyło, żebym nie mógł usnąć przez kilka następnych godzin. Mama zastanawiała się, dlaczego zabierali same dzieci, bo przecież to tylko kłopot dla Niemców. Będą musieli im zapewnić opiekę, jedzenie, a one nie nadają się do pracy. Wtedy tata powiedział, że rozmawiał w fabryce z takim jednym, co pochodził z Koła i on mówił, że w Chełmnie Niemcy palą Żydów. Mama powiedziała, że to jakieś bzdury, żeby ludzi palić i że w to nie wierzy. Więcej nie słyszałem. Leżałem w łóżku i myślałem, co będzie, jeśli w końcu przyjdą też po nas. Wyobraziłem sobie, że zabiorą mnie i siostry od rodziców i pomyślałem, że będę musiał się nimi zaopiekować. A co jeśli nas rozdzielą? Co one wtedy zrobią same? A co się stanie z rodzicami? Takie myśli tłukły mi się po głowie, ale w końcu jakoś usnąłem.
Rano znowu usłyszeliśmy warkot samochodów i walenie do drzwi. Baliśmy się, że tym razem nas zabiorą. Tata otworzył i przez chwilę rozmawiał z kimś po niemiecku. Potem wrócił do pokoju i powiedział, że jest zarządzenie, że przez następnych kilka dni okna mają być cały czas zasłonięte i, że od 8 rano do 17 nikomu nie wolno wychodzić na zewnątrz. Trochę mi ulżyło, bo to znaczyło, że przynajmniej przez te dni jesteśmy w miarę bezpieczni. Ale nadal się bałem.
Około godziny ósmej od ulicy dało się słyszeć gwar, jakby zbliżał się tłum ludzi. Mama spojrzała na nas i powiedziała:
– Zaczyna się…
Potem uklękła z Tereską przed obrazem i znowu zaczęły się modlić. Ojciec siedział przy stole i nic nie robił, tylko gdzieś patrzył. Anielka pociągnęła mnie za rękaw i razem wymknęliśmy się na strych. Tam było takie małe okienko, które trudno było zauważyć z zewnątrz. Stamtąd patrzyliśmy co się dzieje. Wiele razy potem śniło mi się to, co zobaczyłem.
Wzdłuż ulicy stali żołnierze niemieccy z przygotowaną bronią. Po drugiej stronie ogrodzenia getta ustawieni byli żydowscy policjanci. Kręciło się tam też kilku esesmanów. Przy bramie w długiej kolumnie zobaczyliśmy tłum ludzi. Z przodu stały same dzieci pilnowane przez dwie opiekunki. Była ich około dwudziestka. Dalej stali dorośli z małymi dziećmi na ręku. Starsze stały obok i przytulały się do rodziców. Z oddali zbliżała się furmanka, na której siedziało kilka starych i chyba chorych osób. Nie wiem, ilu tam było tych ludzi, może dwieście, albo więcej. Za chwilę w pobliże bramy podjechała ciężarówka. Jeden z esesmanów powiedział coś do żydowskiego policjanta, tamten dał znak dwóm innym, którzy wskoczyli na samochód. Trzech kolejnych zaczęło ponaglać stojące dzieci, aby wsiadały do ciężarówki. Najmniejsze z nich podnosili i podawali policjantom czekającym na kipie. Jeden z Żydów schylił się po jakieś dziecko, wtedy czapka zsunęła mu się i upadła na ziemię. To był Dawid. Wydał mi się wyższy niż wtedy, gdy widziałem go po raz ostatni, a na pewno chudszy. Ale nadal wyglądał jak sportowiec, wyprostowany, z tym swoim zaciętym wzrokiem.
Wszystkie dzieci z sierocińca, jak się później domyśliliśmy, zostały już „zapakowane” i przyszła kolej na rodziny. Wtedy zaczął się prawdziwy dramat. Żydowscy policjanci zaczęli odrywać dzieci od rodziców. Dzieci płakały i krzyczały:
– Mame! Mame!
Jeden z esesmanów uznał chyba, że policja żydowska działa za wolno i wydał rozkaz kilku żołnierzom niemieckim, aby przystąpili do załadunku. Niemcy zaczęli wyrywać matkom ich dzieci. Niemowlęta, 1-2 latki, które ledwie chodziły, łapali za nogi i ręce i rzucali na kolejną, podstawioną rolwagę. Rodzice płakali, wznosili do nieba ręce, niektórzy stali w ciszy jak otępiali, inni próbowali jeszcze raz spojrzeć na swoje córeczki i synków. Z zakrytego samochodu słychać było płacz i wołanie:
– Mame! Mame!
Kiedy widziałem Dawida, który krzątał się, jak przy najlepszej robocie, czułem gniew. Jak on mógł robić to wszystko? Jak mógł to robić swoim braciom? To podły człowiek – tak o nim myślałem.
– Janek! Patrz! To Chawa!
Anielka wskazała na matkę trzymającą na ręku około dwuletniego synka. Obok stała dziewczynka w krótkim płaszczyku. Na początku ich nie poznałem. Sara Fajman wyglądała jak dziecko. Niska i wymizerowana, z wychudłą twarzą. W pewnym momencie zbliżył się do niej Dawid. Przez chwilę rozmawiali, po czym Sara podała mu płaczącego Mojsze, a sama z Chawą odsunęła się od kolumny ludzi. Siostra szarpała mnie za rękaw i spytała:
– On je uratuje? Janek powiedz, uratuje, tak?
Kazałem jej się uciszyć, bo sam nie rozumiałem o co chodzi. Dawid z chłopcem na ręku szedł w kierunku samochodu. Wtedy jeden z esesmanów zagrodził mu drogę. Znowu zaczęli rozmawiać i nagle Niemiec uderzył Dawida w twarz pięścią tak, że ten upadł, upuszczając Mojsze. Sara podbiegła do nich, porwała chłopca na ręce, ale wtedy Niemiec wyciągnął pistolet i strzelił jej prosto w głowę. Powiedział coś do Dawida wskazując na Chawę, która stała nieopodal całkiem nieruchomo. Esesman złapał płaczącego chłopczyka za rękę i zaciągnął do samochodu. Dawid podniósł się i stanął obok Chawy. Czułem, że brakuje mi powietrza. Musiałem się jednak uspokoić, bo obok mnie Aniela cała roztrzęsiona zaczęła płakać. Przytuliłem ją i kazałem zejść do rodziców, ale ona nie chciała, więc powiedziałem, żeby nie patrzyła i że będę jej mówił, co się dzieje.
Kiedy odjechała ostatnia ciężarówka na miejscu zostali sami dorośli. Zaraz żydowska policja rozpędziła ich do domów. Zostało kilku Niemców, Dawid i Chawa, która teraz trzymała go za rękę. Już nie czułem do niego nienawiści. Myślałem, że Anielka ma rację i że uda się uratować jej koleżankę. Ale nie rozumiałem, dlaczego muszą tam stać. Wtedy podszedł do Dawida ten sam esesman z pistoletem w ręku, coś powiedział, a potem dał pistolet Dawidowi. Nie wiedziałem, co się dzieje. Pozostali Niemcy patrzyli na tę scenę z pewnej odległości i coś do siebie mówili, niektórzy uśmiechali się, ale każdy z nich trzymał w pogotowiu karabin. „Zabij go, zabij” – mówiłem w myślach do chłopaka. Ale Dawid odwrócił się w stronę Chawy i wystrzelił.