2018 początek

Wyszli z dyskoteki mocno podkręceni. Wielu młodych wciąż jeszcze przemieszczało się z klubu do klubu, chociaż było dobrze po trzeciej. Niektórzy, bardziej „zmęczeni” zalegali na ulicznych ławkach rozjaśnionych latarniami. W bramie jakaś dziewczyna podtrzymywana przez chłopaka zwracała nadmiar wypitego alkoholu. Obok grupka przyjaciół, niezrażona wydawanymi przez nią odgłosami, popijała piwo z nocnego sklepu. Dziki, wspierany przez tylko trochę trzeźwiejszą Julkę zataczał się w rytm śpiewanej przez chłopaków piosenki:

W naszym mieście Łodzi
Gdzie łódeczka w herbie jest
Mamy swą drużynę,
Która zwie się ŁKS.
Alleluja, alleluja,
Alleluja ŁKS…

Filip darł się razem z kolegami. Lubił te nocne rajdy po Piotrkowskiej, choć teraz rzadko brał w nich udział. Ludzie widząc taką grupę, schodzili im z drogi. W takich chwilach czuł się naprawdę dobrze, miał w sobie tyle energii, że mógłby wszystko. Byli już blisko Placu Wolności, gdy przy jednej z bram zatrzymała się taksówka. Wysiadł młody chłopak z dziewczyną. Przez chwilę stali przytulając się, a następnie ruszyli wzdłuż ulicy niezrażeni rozhulaną grupą kibiców ŁKS-u nadciągającą z naprzeciwka. Gdy zbliżyli się na odległość kilku metrów para stała się lepiej widoczna w świetle latarni. W grupie zapanowała nagła cisza.
– Ej, panowie! Co jest kurwa? Ścierwo nam po Łodzi chodzi. – Rozległ się donośny głos Kojota. Jasna twarz dziewczyny zrobiła się blada. Próbowała przeciągnąć swojego towarzysza na drugą stronę ulicy, ale było już za późno. Filip, który czuł szum w głowie i ekscytację całą atmosferą sobotniego wieczoru, pomyślał: „Będzie zabawa!”. Razem z Dzikim doskoczył do Afrykanina. Zgięli go wykręcając do tyłu ręce.
– No co jest azbeście?! Nie wiesz, że Polska jest tylko dla Polaków? – syknął Dziki.
– Dziki, kurwa! Jaki „azbeście”?! „Asfalcie” chyba… – wybełkotał Filip zniesmaczony brakiem precyzji u kolegi.
– Jeden chuj! – Dziki ciągle wpatrywał się w cudzoziemca. – Czego się tu plączesz? Co? Wracaj do jebanej Afryki…
– Nieee, no nie jeden chuj! Azbest to taki związek chemiczny zawarty na przykład w płytach eternitowych, powodujący osadzanie się mikrowłókien na płucach i prowadzący do powstania nowotworu… – O tak! Pamięta to doskonale, robił prezentację na ten temat w liceum. Filip poluzował nieco uścisk i za chwilę dostrzegł na sobie zdumiony wzrok czarnoskórego chłopaka, który teraz mógł odwrócić głowę w jego stronę. Spojrzał na kolegów. Stali i wpatrywali się w niego zdezorientowani. Kojot podszedł do Filipa i patrząc mu w oczy zapytał spokojnie:
– Co ty pierdolisz?
Przeniósł wzrok na Afrykanina. Chwycił go za włosy i odchylając do tyłu głowę rzucił w twarz, ciągle ze stoickim spokojem:
– I co kozojebco? Myślisz, że będziesz sobie tak po prostu łaził po ulicy i obracał w brudnych łapach polskie dziewczyny?
W jednej chwili wymierzył cios w szczękę ofiary, na tyle mocny, że krew bryznęła wprost na twarz i kurtkę Filipa. Uderzony chłopak upadł na chodnik. Dziewczyna wydała z siebie krzyk przerażenia i próbowała do niego podbiec, ale została przytrzymana przez Julkę i Samantę. Kiedy cudzoziemiec próbował wstać Kojot kopnął go z całej siły w podbrzusze. Za chwilę dołączył do niego Łapa. Filip zesztywniał. Już nie czuł ekscytacji, ani siły. Alkohol nagle wyparował. Patrzył jak tamci dwaj okładają chłopaka kopniakami i nie mógł się ruszyć.
– Nie w łeb, Kojot, nie w łeb! Jak zdechnie, to psy nas zeżrą! – wołał zdyszany Łapa.
Kojot w amoku wychwycił to ostrzeżenie i skierował pełen obłędu wzrok na Filipa:
– No! Dawaj, Rojek! – Pchnął go w kierunku Afrykanina, którego próba podniesienia się została zniweczona butem Łapy. – Jedziesz z brudasem!
Filip spojrzał na leżącego. „No kopnij go, przecież to jebany czarnuch! Kopnij go, bo nie dadzą ci spokoju. Pokaż się! Dawaj, Rojek, dawaj!” Głos w głowie brzmiał jednak jak obcy i nie miał wpływu na to, co robiło jego ciało. Choć bardzo chciał, żeby te dwie sfery jego jestestwa współgrały ze sobą. Stał tak i wiedział, że reszta za chwilę straci cierpliwość.
– Co jest z tobą? Delikates jesteś, co? – Kojot chwycił Filipa za kark i przybliżył twarzą do ofiary. – Podoba ci się to gówno? Gadać tylko potrafisz, a jak robota jest do zrobienia to cię nie ma, fiucie…
Filip zebrał ślinę i z całą złością, jaka jeszcze w nim została, splunął w twarz czarnoskóremu.
– Nooo… Chociaż to… – Kojot zaśmiał się szyderczo, zwolnił uścisk i poklepał Filipa po plecach.
Od strony ulicy Rewolucji dobiegł ich dźwięk policyjnych syren.
– Spierdalamy! – Krzyknął Łapa.
Rozdzielili się i zaczęli biec w przeciwnych kierunkach. Filip z Dzikim wsiedli do nocnego autobusu, który akurat podjechał na przystanek. Próbował wyczyścić twarz z krwi i potu.
– Co to miało być? Kurwa! Stary, ty nie możesz mnie stawiać w takiej sytuacji! – Zaczął Dziki. – Wprowadzam cię do chłopaków, do Klubu, a ty mi tu w najważniejszym momencie odpierdalasz jakiegoś focha. Jak baba. Co jest – się pytam? Szkoda ci było jebanego czarnucha? Ty się zdecyduj, kurwa, albo jesteś z nami, albo nie. Teraz cię jeszcze jakoś wytłumaczę, ale następnym razem… Chłopaki ci nie przepuszczą. Musisz się wykazać.

***

W kwietniu Ewa już wiedziała, że kończy się jej kariera nauczycielki. Dyrektor się nieźle nakombinował, żeby wykazać w arkuszu organizacyjnym, że nie ma dla niej nawet pół etatu. Wiadomość ta spłynęła po niej jak po kaczce. Z jednej strony było to zasługą tabletek antydepresyjnych, które zapisał lekarz, z drugiej, wewnętrznie czuła, że brakuje jej już tego entuzjazmu, który trzymał ją przez lata na wysokiej fali. Praca nie dawała takiej satysfakcji, jak kiedyś, dzieciaki coraz bardziej wkurzały.
– W jakimś momencie przychodzi po prostu czas na zmianę. Daj się temu ponieść. – Mówiła Aśka.
Jej się udało. Praca, którą znalazła w innej szkole okazała się wcale niełatwa. Niby robiła to samo, ale po niemal dwudziestu latach z tymi samymi ludźmi, w tym samym otoczeniu odnalezienie się w nowej rzeczywistości stało się barierą nie do pokonania. Czuła, podobnie jak Ewa, że to już nie to. Nie zamierzała jednak czekać na mannę z nieba.
– Nie będę więcej na nikogo pracować – powiedziała.
Kilka lat temu zrobiła kurs trenerski, miała już jakieś doświadczenia i co najważniejsze – kontakty. Właśnie nadszedł czas, żeby to wszystko wykorzystać. Z trudem wbijała się na rynek usług szkoleniowych, ale ostatnio nabrała wiatru w żagle. To dlatego miała tak niewiele czasu.
Od dwóch miesięcy wmawiała Ewie, że ona też może. Że jest wykształconą, mądrą kobietą, że wiek działa na jej korzyść, bo jest gwarancją stabilności. Nie jest jakąś młodą trzpiotką, która rzuca pracę po dwóch tygodniach bez „do widzenia”. I Ewa powoli zaczynała w to wierzyć. Przeglądała ogłoszenia, zastanawiała się, co mogłaby robić, co chciałaby robić. Przestała pić, co okazało się całkiem łatwe. Lekarz powiedział, że go to nie dziwi, bo nie osiągnęła, póki co, pierwszego stopnia uzależnienia, choć była na najlepszej drodze. Tabletki pomagały o tyle, że już nie miotały nią emocje, osiągnęła spokój i stała się mniej uciążliwa dla rodziny. Powodowały jednak pewien marazm. Trudno było się zmotywować do działania, czuła się jak w bańce. Kilka tygodni temu postanowiła odstawić leki. Powiedziała tylko Jackowi. Miał wątpliwości, bał się, że wróci alkohol. W końcu usłyszała od niego najpiękniejsze „kocham cię”, jakie może usłyszeć kobieta:
– Gdyby coś się działo, to wiesz, że jestem obok?
Czuła lekkie otępienie i mrowienie kończyn, które minęło po kilku dniach. Wciąż była zalękniona i niepewna siebie. I tu zadziałały motywacyjne gadki Aśki. W czasie jednej z nich doszła do wniosku, że właściwie ma dwie umiejętności, z których można ukuć jakąś wartość na rynku pracy: nauczanie i poprawne pisanie po polsku. Prawie codziennie przerzucała internet w poszukiwaniu ofert, na które mogłaby odpowiedzieć. No i cóż… nie było tego zbyt wiele. Ale dwa tygodnie temu wreszcie się udało. Wydawca podręczników szukał redaktora do działu języka polskiego. Wymagane doświadczenie w nauczaniu oraz lekkość pióra.
– Dzień dobry. Nazywam się Ewa Rojek.
Za stołem siedział mężczyzna oraz dwie kobiety. Wszyscy około trzydziestki. Ewa zajęła przygotowane miejsce naprzeciwko. Czuła wewnętrzne drżenie, którego nie było widać, ale które usłyszała w swoim głosie.
– Dzień dobry pani Ewo. Cieszymy się, że zechciała się pani z nami spotkać. Ja nazywam się Tomasz Urbański i zajmuję się rekrutacją w wydawnictwie. To jest pani dyrektor Anna Misiak, a to pani redaktor Eleonora Wojtysik.
„Taka młoda i Eleonora?” – pomyślała Ewa i myśl ta przyniosła niewielkie rozluźnienie.
– Proszę nam powiedzieć, dlaczego chce pani pracować w naszym wydawnictwie.
„Bo potrzebuję kasy, chłopcze.”
– Wiele lat pracowałam jako nauczycielka języka polskiego. Bardzo lubię tę pracę, ale doszłam do takiego momentu w swoim rozwoju zawodowym, że chciałabym mieć wpływ nie tylko na to co dzieje się na lekcji, ale również szerzej, na nauczanie. Myślę, że praca przy redagowaniu podręczników daje taką możliwość. Moje doświadczenie pozwala mi na ocenę, czy dany podręcznik, jego formuła, będzie pomocny dla uczniów i nauczycieli, czy też nie. Znam bolączki osób korzystających z różnych pomocy dydaktycznych i wiem, że mogłabym przyczynić się do ich pozytywnego odbioru przez użytkowników… – Ewa niemal z pamięci recytowała przygotowaną wcześniej wypowiedź. Szczerze mówiąc, gdyby nie Aśka, zupełnie nie wiedziałaby co powiedzieć.
– Yhmm… A w jaki sposób chciałaby Pani przyczynić się do rozwoju firmy? – pytanie zadane przez dyrektorkę zbiło Ewę z tropu.
„Przecież przed chwilą powiedziałam, słuchasz mnie w ogóle?”
– Yyy… potrafię ocenić, czy tekst, zdjęcie lub polecenie będą przydatne do pracy dydaktycznej… Im więcej takich możliwości daje podręcznik tym większe szanse na jego popularność wśród nauczycieli. To z kolei przełoży się na zysk dla firmy…
– No tak, tak. Ale dlaczego właśnie panią mielibyśmy zatrudnić? Mamy wielu kandydatów z podobnym doświadczeniem…
„Bo tak.”
– Jestem zdyscyplinowana i sumienna. Zawsze bardzo angażuję się w swoją pracę… Mam dorosłe dzieci i rzadko choruję…? – Ewa uśmiechnęła się lekko, bo poczuła nutę desperacji w ostatnim argumencie. Komisja odwzajemniła uśmiech, traktując chyba jej słowa jako żart. Atmosfera stała się trochę bardziej swobodna i wtedy odezwała się redaktorka:
– Pani Ewo, proszę odpowiedzieć na takie pytanie… dlaczego niebo jest niebieskie?
„To jakiś żart, tak?”
Ewa spojrzała z uśmiechem na pozostałych członków komisji, ale spotkała się z poważnym pytającym wzrokiem. Poczuła, że ręce zaczynają się jej pocić i wraca wewnętrzne drżenie. Nie wiedziała co powiedzieć.
– Yyy… chyba nie rozumiem pytania…
– Proszę się nie denerwować… spokojnie… – łagodny ton pana rekrutera nie za bardzo pomógł.
– Niebo jest niebieskie… bo… odbija się w nim morze… czy jakoś odwrotnie… he he…
„Pogrążasz się kobieto. Czas na ciebie”
– Nie. Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie…
– Dobrze. Dziękujemy pani. Proszę czekać na… Odezwiemy się.