„Wiem, że nie płaczę nad tym, że moja matka nie dożyła chwili, w której mogła mi opowiedzieć swoją biografię. Płaczę, bo to ja nie dożyłam wieku, w którym ona mogłaby mi o tym opowiedzieć.” 
Bezmatek, Mira Marcinów 

Nawet nie wiadomo, kiedy miała urodziny. Sama utrzymywała, że 14 grudnia i pewnie tak było, ale nikt tego nigdzie nie zapisał. W urzędzie zarejestrowano 1 stycznia 1933 r. Ponoć po to, żeby ją odmłodzić. Moja mama. Matka. Nigdy nie była nikim innym. Gotowanie, pranie, prasowanie, sprzątanie, cerowanie rajstop i skarpet, szycie na maszynie, robienie na drutach. Kiedyś pracowała w domu handlowym jako ekspedientka, ale ja prawie tego nie pamiętam. Dla mnie całe życie TYLKO matka. A przecież musiała być kimś jeszcze. Może chciała być kimś jeszcze. Nikt jej nigdy o to nie zapytał. Nikt nie pytał jej o nic poza: co na obiad?, gdzie jest ta biała bluzka?, dlaczego ja muszę zmywać? Poza odpowiedziami na takie pytania czułam nieistotność tego, co miała do powiedzenia. Opowieści z czasów wojny, których od ojca słuchałam z namaszczeniem, od niej jakby mimochodem. A bardzo chciała o tym mówić. Powtarzała. Niedawno przeczytałam, że dla ludzi, którzy przeżyli traumę wojenną opowiadanie o tym było często jedyną, dostępną formą terapii. Ale przeczytałam o tym niedawno. Za późno.

Bardzo chcę teraz wydobyć z zakamarków pamięci moją mamę jako kobietę. Aniela. Jaka była Aniela? Kruchego zdrowia, niedbająca o zdrowie, ale jednak silna. Na końcu lekarka powiedziała, że przy tak wyniszczonym organizmie to cud, że dożyła swoich 75/76 lat. Była przekonana o swojej racji, niezmordowanie broniła swego zdania i pamięci. Przypominam sobie te jej spory z siostrami, kiedy wspominały młode lata w rodzinnym domu. Każda pamiętała je inaczej.  

Aniela jako uczennica szkoły krawieckiej, 1948 r.

Aniela nie zdobyła żadnego wykształcenia. Wczesną edukację przerwała wojna, potem dokończyła podstawówkę na powojennych kursach. Zaczęła naukę zawodu w szkole krawieckiej, ale ze względów zdrowotnych rodzice kazali jej zarzucić. Dziwne, bo słabe zdrowie nie przeszkodziło w szorowaniu podłóg, staniu przy garach i wiele godzin za ladą w domu handlowym. Ale Aniela słuchała się rodziców. Była grzeczna. Pamiętam, że do swojej matki nie mówiła inaczej jak „mamusia”. W trzeciej osobie. Mamusia pójdzie. Ja mamusi pomogę. Co mamusia mówi? Ty, ciebie, tobie, ona, z nią, jej – to słowa zakazane wobec matki. Tak więc Aniela pozostała kobietą słabo wykształconą. A chyba chciała zostać tą krawcową. Zwykle sama sobie szyła rzeczy. Za młodu sukienki, spódnice i bluzki. Potem podomki i fartuszki. Lubowała się w gatunkach tkanin. Znała się na tym. Tak też dorabiała do renty. Zawsze na tej samej maszynie. Jedyna zmiana była z Singera na Łucznik. Z nożnej na prądową. Wszystkie późniejsze usprawnienia, owerloki i inne były poza jej zasięgiem. Kto by tam zresztą pytał, czy chce. Były ważniejsze wydatki. 

Aniela lubiła dzieci. Może dlatego, że sama krótko była dzieckiem. Najpierw zajmowała się młodszym rodzeństwem, potem dziećmi swojego rodzeństwa, a później własnymi dziećmi, a jeszcze później wnukami. Właściwie niewiele, poza tym robiła w życiu. Dlatego umarła, kiedy nie było już kim się zajmować. Przez długie lata próbowała czymś zająć ręce. Robiła na drutach. Czasem na szydełku. Uwielbiałam te kapetki, w których chodziło się jak na boso. Jedną parę mam do dzisiaj. Ale znowu zaczynam pisać o matce, a miałam o Anieli. 

Na starość Aniela lubiła seriale. „Niewolnica Izaura”, „Dynastia”, „Moda na sukces”. Inny świat, inne życie, na bogato. Dobro zwycięża. Aniela wierzyła, że dobro zawsze zwycięży, że ostatni będą pierwszymi. Ale wiedziała też, że czasem trzeba o to zawalczyć. I wiedziała, że mimo wszystko, warto. Kiedy dyrektor domu handlowego obiecał jej stanowisko kierowniczki stoiska w zamian za informacje o pracownikach, odmówiła. Idealistka. Nigdy nie była sceptyczna. Kiedyś myślałam, że była naiwna. Dzisiaj wiem, że po prostu miała wiarę. W sprawiedliwość. W prawdę. Uwierzyła we mnie, że mogę skończyć studia i zrobiłam to. Uwierzyła, że jej druga córka zbuduje dom na wsi i tak się stało. Wierzyła w Boga, ale z kościołem pogodziła się dopiero na końcówce. Pochodziła z ultrakatolickiego domu. Jej babka pochowana została w habicie świeckiego zakonu. Życie rodzinne kręciło się wokół religii. Kiedy więc już sama mogła decydować… wychowała swoje dzieci po katolicku. Sama do kościoła chodziła z rzadka. Nie przeszło jej przez gardło złe słowo na temat księży i biskupów, ale chyba coś tam jej wyraźnie nie grało. Nie wiem, nigdy nie zapytałam. 

1954 r.

Raz, za młodu, Aniela wyjechała na wczasy. Nie wiem, czy dobrze się tam bawiła. Nie słuchałam uważnie. Wiem, że poznała nowe koleżanki, ale co z nimi dalej? Nie wiem. Kolegów to raczej nie miała. Jedną młodzieńczą miłość, która pisała do niej płomienne listy z wojska, aby po powrocie ożenić się z jej młodszą siostrą. Kiedy o tym opowiadała słyszałam gorycz. Bólu i rozczarowania już nie było. A przecież musiały być. Aniela wyszła za mąż tuż przed trzydziestką. Wszyscy już myśleli, że zostanie starą panną. Mówiła, że jej matka to chyba nawet miała taką nadzieję. Wyszła za człowieka, który poszalał, poszalał aż w końcu zachciało mu się ustatkować. Nie mógł lepiej trafić. Czy Aniela mogła? Pewnie tak. Mogła też gorzej. Wyobrażam sobie, że była szczęśliwa, kiedy nareszcie mogła opuścić dom rodzinny. Potem, jak to w życiu, szczęście przybrało twarz codzienności. I Aniela w tej codzienności utknęła. Na inne szczęście nie było pieniędzy. Trójka dzieci. Ważniejsze wydatki. Kto by tam zresztą pytał, czy jest szczęśliwa. Mówiła, że jej szczęście to szczęście jej dzieci. I tak było. Ale ciągle zastanawiam się, gdzie i jaki był ten kawałek Anieli nie-matki. I nie wiem, bo nigdy nie zapytałam. 

Aniela była lękowa. Nie lubiła ciemności. W dzieciństwie mieszkała na ulicy, która graniczyła z gettem łódzkim. Widziała Wielką Szperę. Niemieckich żandarmów. Strzelanie do ludzi. Trupy. Jadła marmoladę z brukwi. Martwiła się o matkę, kiedy wyjeżdżała na wieś po żywność. O ojca, kiedy wchodził do getta odkażać po tyfusie. O siostrę, którą wywieziono do Niemiec na roboty. Zostało to z nią na zawsze. Lęk i martwienie się. Nie wiem, jak sobie z tym radziła. Nigdy nie zapytałam. 

2-3 letnia Anielka na kolanach swojej mamy

Jak to zwykle bywa, z tego, że nie słyszałam mojej matki (choć słuchałam), zdałam sobie sprawę już po jej śmierci. Pierwszy raz, kiedy zainteresowałam się historią Żydów i Holocaustu i przez strony czytanych książek zaczęły, jak przez mgłę, przebijać wyrwane z kontekstu fragmenty jej opowieści. O Żydzie zastrzelonym, kiedy uciekał przez pole, o spacerujących wzdłuż płotu żandarmach na ulicy Okopowej, o dzieciach żydowskich wrzucanych za kończyny na ciężarówki, o niemowlętach nabijanych na bagnety, o zawodzeniu kobiet, o zwłokach znalezionych pod stertą pierzyn, o zaciemnianiu okien. Szczegółów nie znam. Nie dopytałam. Poczułam, że to wszystko warte jest zapisania. Postanowiłam zachować wojenną pamięć Anieli w fabule fikcyjnej, ale zawierającej jej wspomnienia. Pisanie tej opowieści poprzedziłam poszukiwaniem potwierdzenia rysowanych przez mamę scen w opracowaniach i źródłach historycznych, rozmawiałam ze znawcą tematu. Jak łatwo się domyślić nie znalazłam tych konkretnych wydarzeń i faktów, lecz wiele podobnych, które sprawiły, że wspomnienia otrzymały swój kontekst i sens. To za mało, żeby stworzyć materiał stricte historyczny, ale wystarczyło, aby osadzić je w prawdopodobnych przeżyciach fikcyjnych bohaterów. Nie mogło zabraknąć odniesień do wydarzeń współczesnych, które w obliczu doświadczeń historycznych Polaków i Żydów są szczególnie przykre. 

Drugi raz uświadomiłam sobie, jak bardzo popadłam w ignorancję, wobec tego co mówiła i czuła Aniela-matka i Aniela-kobieta, kiedy zaczęłam dostrzegać rolę kobiety w ogóle. Zrozumiałam, że owa ignorancja była efektem patriarchalnych fundamentów tego świata. Nie mogłam tego dostrzec 20, ani 12 lat temu, kiedy umierała. Nie mogła tego dostrzec ona sama. Zaczęłam zastanawiać się, co myślała o sobie, czy w ogóle myślała o sobie. Nigdy o to nie zapytałam. Była jedyną osobą, która zawsze, bezgranicznie we mnie wierzyła. To moja matka, Aniela, kobieta głębokiej wiary, sprawiła, że dziś ośmielam się upublicznić tę opowieść. Zapraszam!