Nie pamiętam, że nie było Teleranka. Nie pamiętam też czołgów na ulicach, ani żołnierzy. Twarz Jaruzelskiego ogłaszającego stan wojenny kojarzę z późniejszych, wielokrotnych telewizyjnych powtórzeń. Pamiętam jednak, że w jakimś momencie tego dnia dotarła do mnie ta informacja. Nie wiem od kogo pochodziła, pewnie od mamy. Pamiętam, że towarzyszyła temu pewnego rodzaju groza. Moja mama, która jako kilkuletnia dziewczynka przeżyła wojnę, nie mogła przekazać tego nam, dzieciom, bez lęku. Lęk graniczący z przerażeniem tym, co może nadejść. To, co najbardziej zapamiętałam z tamtego dnia to właśnie strach i niepewność. Napisałam wtedy na kawałku kartki: „7 lat mojego życia”. Wydawało mi się, że wszystko, co dobre już się skończyło i że teraz nastąpi tylko to co złe. Głód, strach, śmierć, o których nasłuchałam się w rodzinnych opowieściach. Wyobraziłam sobie, że za chwilę usłyszę odgłos walących w drzwi kolb karabinów, zobaczę żołnierzy wypędzających moją rodzinę na ulicę. Nic takiego nie nastąpiło. Dzisiaj wiem, że tata, który włączył się do wielomilionowego ruchu Solidarności jako szeregowy członek nie budził zainteresowania władzy ludowej. Później dowiedziałam się, że tej niedzieli nie było go w domu, bo pojechał na wieś po mięso. Za przewożenie świniny z nielegalnego uboju w PRL-u można było trafić na listę wrogów socjalizmu, a z niej do więzienia. W czasie stanu wojennego, kiedy wzmożono kontrolę podróżujących, było o to szczególnie łatwo. Stąd lęk mamy, który moja dziecięca wyobraźnia przełożyła z miejsca na traumatyczne obrazy wojenne. Moja panika okazała się przesadzona, choć jak na 7-letnie dziecko zrozumiała. Stan wojenny w dramatycznym wydaniu, który dotknął boleśnie tysiące rodzin w Polsce, nas łaskawie ominął. Tata szczęśliwie wrócił do domu, a na święta mieliśmy szynkę z namaszczeniem peklowaną w saletrze na balkonie czteropiętrowego bloku na PRL-owskim łódzkim osiedlu.

Źródło: https://dzienniklodzki.pl/stan-wojenny-w-lodzi-wspomnienia-opozycjonistow-filmy/ga/719233/zd/1349577

Kilka lat później, będąc już w liceum, podzieliłam się tymi przeżyciami z moją rówieśniczką Anią.
– Stan wojenny? Ja nic takiego nie pamiętam… – usłyszałam. Moje zdumienie nie miało granic. Zaczęłam prawie na nią krzyczeć:
– Jak to nie pamiętasz? Jak można nie pamiętać?!
Uznałam ją wtedy za ignorantkę i pustą lalę, z którą na pewno nie porozmawiam nigdy o polityce. Ale też boleśnie skonstatowałam, że historia, nawet ta najbliższa, której byliśmy (jesteśmy) świadkami, a często uczestnikami, tak niewiele w gruncie rzeczy dla nas znaczy. Skoro nic nie znaczy, skoro jej nie zauważamy, kiedy dzieje się na naszych oczach, to też niczego nie uczy.

13 grudnia 1981 roku ja i moja koleżanka Ania miałyśmy 7 lat. Tak – byłyśmy dziećmi. Dzieci nie potrafią patrzeć na otaczający je świat przez pryzmat wydarzeń politycznych. Dlaczego więc ja przeżyłam stres związany z wprowadzeniem stanu wojennego, a Ania zimą 1981 roku przeżyła, co najwyżej, upadek na ślizgawce? W moim domu ciągle rozmawiało się o polityce. Wieczorami rodzice oglądali dziennik telewizyjny, a potem nastawiali radio na Głos Ameryki i słuchali „wiadomości dobrych czy złych, ale zawsze prawdziwych”. Krytykowali komunistyczny ustrój i z nadzieją mówili o Lechu Wałęsie. Pamiętam, że na parapecie klatki schodowej znalazłam kiedyś plastikowe znaczki z napisem Solidarność. Byłam dzieckiem, ale wiedziałam, że mogę wziąć jeden, jeśli nikt mnie nie będzie widział, bo inaczej rodzice mogą mieć kłopoty. Nie zrobiłam nim furory w domu, bo wtedy tata pokazał mi swój metalowy, solidny z czerwonym logo Solidarności. Nie wiem, co w tym samym czasie działo się w domu Ani. Być może była chroniona przez swoich rodziców przed troskami PRL-owskiego życia. Może jej rodzice zamiast zajmować się polityką, zajmowali się po prostu życiem. Być może jej dzieciństwo było przez to szczęśliwsze i beztroskie. Milicjanci chodzący ulicami wzbudzali w niej zaufanie jako strażnicy porządku, a nie tak jak u mnie, stanowili uosobienie znienawidzonej władzy komunistycznej. Ania była wolna od polityki, ja nie.

Źródło: https://dzienniklodzki.pl/stan-wojenny-w-lodzi-wspomnienia-opozycjonistow-filmy/ga/719233/zd/1349577

Rodzice, kiedy byłam dzieckiem nie rozmawiali ze mną o polityce, nie sadzali mnie przy odbiornikach i nie kazali słuchać wiadomości (próbowałam ze swoimi dziećmi – nie działa). Dzisiaj nie pamiętam dokładnie treści ich rozmów, ale pamiętam, że sprawy kraju, bieżących wydarzeń to był w domu chleb powszedni. Gdy pytałam, dostawałam odpowiedź. W domu, który nie był domem intelektualistów i działaczy. W domu suwnicowego, pracującego na trzy zmiany w przedsiębiorstwie budowlanym i niepracującej od kilku lat sprzedawczyni domu handlowego, zajmującej się domem i dziećmi. A jednak stało się tak, że w tej robotniczej rodzinie, poza troskami dnia codziennego, ciągłym brakiem pieniędzy i paradoksalnie brakiem zaopatrzenia w sklepach w latach 80-tych ubiegłego wieku, znalazł się czas i miejsce na troskę o imponderabilia. Moi rodzice, robotnicy z zasadniczym wykształceniem, potrafili powiązać swoje codzienne życie z wielką polityką tego kraju i świata. Dostrzegali zależność pomiędzy swoją dolą, a decyzjami podejmowanymi na najwyższym państwowym szczeblu. Żywili nadzieję, że dobra zmiana w skali makro, przyniesie dobrą zmianę w ich mikro-życiu. Obserwowali, komentowali, jeśli była konieczność, przyłączali się „robiąc tłum”. I cieszyli się, kiedy ten „tłum” wreszcie wywalczył swoje. Kiedy półki w sklepach i półki w domu zapełniły się produktami. To utwierdziło ich w przekonaniu, a mnie, wówczas dorastającej licealistce, dało pewność, że „góra” i „dół” to naczynia powiązane, totalnie od siebie zależne. Wzajemna lub jednostronna obojętność w tym układzie musi prowadzić do zapaści całej struktury.

Władze PRL-u jak tlenu potrzebowały obojętności „dołów”. Stan wojenny był odpowiedzią na aktywność społeczeństwa w postaci niezależnego związku zawodowego, który zaczął im ten tlen odbierać. Dzięki nie-obojętnym robotnikom z nie-obojętnych domów władza ludowa udusiła się w 1989 r. Niestety zostawiła po sobie pokłady obojętności, które do dzisiaj pokutują w polskich domach i duszach. W dzisiejszej Polsce ta obojętność znowu staje się groźna. Jeśli dom, w którym wyrasta młody człowiek będzie obojętny na losy kraju, świata – na zagrożoną niezależność sądów i praworządność, na nadużycia władzy i kościoła, na zanieczyszczenie środowiska, na dyskryminację – to obojętność ta wrośnie w tkankę społeczną na wiele pokoleń. Pamiętajmy o tym, wychowując dzieci. One będą patrzeć i słuchać, czy robimy chociaż „tłum”…

Źródło zdjęcia w zajawce: https://dzienniklodzki.pl/rocznica-wprowadzenia-stanu-wojennego-w-poprzek-piotrkowskiej-zbudowano-barykade-rozmowa/ar/9184935

Please follow and like us:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *